Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LITE( RATU?) ROWO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LITE( RATU?) ROWO. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Autostopem przez najdłuższy cmentarz


Po Jacku Hugo-Baderze spodziewać się można wszystkiego. 18 lat temu przebrał się za kloszarda, żeby poznać smak życia warszawskich bezdomnych. Jadł z nimi, spał, żebrał. Teraz postanowił po swojemu sprawdzić, jak wygląda życie na Kołymie - przeklętym miejscu Rosji. W "Dziennikach kołymskich" przemierza więc autostopem ponad dwa tysiące kilometrów, wypija morze wódki i znajduje to, czego chce. Ludzi surowych jak tutejszy klimat - o gębach poczciwych i życiorysach bandytów. 

"Dzienniki kołymskie" zaczynają się tak, że masz ochotę odłożyć tę książkę z powrotem na półkę. Bo ile można pisać o zielonych glutach, które powoli wypluwa szamanka Dora. A Hugo-Bader nie dość, że z lubością opisuje ich konsystencję i kolor, to jeszcze dorabia do tego całą ideologię. Mrugając okiem do czytelnika, tłumaczy mu, że mało przyjemne maź jest jak... osoba, której jego książka się nie spodoba. Ta jawna bezczelność skutkuje, bo zaciekawia, a ponadto stanowi dobre preludium do całej opowieści. Bo Kołyma nie jest miejscem, gdzie rozgrywają się romantyczne historie i żyją kulturalni ludzie. I lepiej ustalić to już w pierwszym akapicie reportażu.

Kołyma, to najdłuższy cmentarz świata. Tak mówią starzy ludzie, którzy żyją w Rosji. Hugo-Bader więc sprawdza. Trakt Kołymski, który planuje przemierzyć autostopem, ma 2025 km. I dzieli tę odległość przez metr i 80 centymetrów. Po co? Chce sprawdzić, czy na tej trasie zmieściłyby się wszystkie ofiary tutejszych łagrów, gdyby ułożyć je wzdłuż drogi. Z dzielenia wychodzi przerażająca liczba miliona i stu tysięcy ofiar. - To i tak za mało, bo Kołyma zabrała więcej istnień - kwituje reporter. To jedyny eksperyment, jaki Hugo-Bader przeprowadza na kartce papieru, z ołówkiem w ręku. Resztę domysłów i hipotez na temat Kołymy sprawdza sam, na własnej skórze i żołądku.

Jest więc przeraźliwe zimno, bo Kołyma to kraina skuta wieczną zmarzliną. Jest też smród, bo tutejsi grabarze, do ogrzewania ziemi używają ognisk z palonych opon. Jest i alkohol, bo Rosjanin nie opowie obcemu ani słowa, dopóki się z nim nie napije. Co z tego, że reporter, że jest w pracy. Jak się miga od wódki, to na bank szpieg. 

"Dzienniki kołymskie" z założenia miały być opowieścią o współczesnej Kołymie. Bez robienia kroku do tyłu, wyciągania na wierzch przeszłości. O łagrach, głodzie i morderczej pracy wiedzą przecież wszyscy. A o tym, jak się żyje się tam teraz - praktycznie nikt. 

Odważny plan jednak nie udaje się do końca. Każda ze spotkanych przez Hugo-Badera osób ma w sobie kołymskie znamię. Łagrową przeszłość lub krewnych, którzy zgninęli jako zek. I co dziwi reportera najbardziej, mimo tego, nie chcą uciekać z Kołymy w głąb kraju. Nie ważne czy to córka krwawego Jeżowa czy młody chirurg, który przez alkohol stoczył się na samo dno. Dla nich Kołyma to złote serce Rosji. Dom. 


niedziela, 31 stycznia 2010

I pani tak to... sprzedaje?

Recenzja „Fotoplastikonu” Jacka Dehnela, Wydawnictwo W.A.B

Wyblakłe odbitki, pozaginane rogi, spore przetarcia i plamy. Jedno zdjęcia za ciemne, a drugie skomponowane w wyjątkowo drażliwy sposób. Niektóre, o zgrozo, zupełnie nieostre! I czym tu się zachwycać? Ba – książkę od razu wydawać? A książka gruba, ciężka... i urzekająca.

Przystanek tramwajowy gdzieś w Warszawie. On, ona i tramwaj, który, jak na złość, nie chce przyjechać. Rozglądają się więc naokoło, bez pośpiechu. Siedzieć i tak nie ma gdzie, bo jedyna ławka została do ostatniego centymetra wykorzysta przez okolicznych pijaków. On sięga więc z nudów po spięty recepturką plik starych fotografii, który leżał wciśnięty między buty, czajnik i wysłużone książki. Sprzedawczyni podnosi wzrok z nieukrywanym zainteresowaniem...
Tak zaczyna się podróż do przeszłości, między ludzkie twarze i strzępki chwil. Wytrwałe szperania po antykwariatach, pchlich targach, a nawet strychach przyjaciół. Potem każdy z tych wygrzebanych skarbów Dehnel uważnie ogląda, analizuje i opisuje. Każdemu patrzy uważnie w oczy, na ręce, na drugi plan. I gdyby jeszcze tego było mało, bezczelnie czyta to, co ktoś zapisał na odwrocie koślawym pismem. Czytelnik zagląda więc Jackowi Dehnelowi przez ramię jak pasażer siedzący obok w pociągu. Najpierw widzi odbitkę w całej swej krasie (albo stanie nędzy i rozpaczy), potem zapiski autora. Czyta, najpierw nieśmiało. Po chwili coraz zachłanniej.
Czego szuka w fotografii Dehnel? Roland Barthes rozkładał ulubione zdjęcia na elementy pierwsze, pomiędzy którymi znajdował w końcu to COŚ, czyli punctum. Wymykającą się jakimkolwiek dookreśleniom cechę, która uderza, przyciąga wzrok i nie pozwala zapomnieć. „To także użądlenie, dziurka, plamka, małe przecięcie” – pisał Barthes. Postaci ze zdjęć wybranych przez Dehnela też nie dają mu spokoju. Ksiądz Wieczorek niszczący posążki chińskich bożków, dzieci wspinające się po cukierniczkę, tłum dżentelmenów wpatrzonych w płynące łódki. Wszystko zastygłe w bezruchu, drażniąco milczące. Dehnel z uporem stawia więc pytania, rozszyfrowuje skróty, odgaduje miejsca i dopowiada, a nawet trochę zmyśla, wcale się z tym nie kryjąc. Wszystko ze smakiem, niewymuszonym dowcipem.
Co więcej, „Fotoplastykon” to nie tylko nostalgiczne patrzenie wstecz. W tekstowych miniaturach, znajdujących się obok wybranych przez autora fotografii można znaleźć sporo prawdy o czasach współczesnych. Dehnel z chirurgiczną precyzja pokazuje, jak niewinne gesty zostały wypaczone, a neutralne pozycje nagle stały się obsceniczne. Powstrzymuje czytelnika przed głupim chichotem, zgrabnie tłumacząc, dlaczego się myli. Jakby sam stał te 40, 50 czy 70 lat temu przed pokaźnych rozmiarów aparatem i cierpliwie ustawiał do zdjęcia świeżo upieczonych księży. Jeden z nich w lewej dłoni trzyma Pismo Święte, prawą mocno przytula do siebie swojego sąsiada.
I choć wśród mikroskopijnej wielkości setki esejów na szczęście próżno szukać jakiegokolwiek morału, rady mam dwie. Pierwsza – „Fotoplastykonu” nie można czytać od deski do deski. Warto się tą lekturą pobawić, kartkować, otwierać na chybił-trafił. Odkładać na półkę i znowu wracać. Pozwalać wciągać się w ten świat powoli i mimowolnie dawać mu się oczarować. A druga? Niech Pani lepiej tych fotografii nie sprzedaje. Nie szkoda Pani?
           
Paulina Korbut

P.S. Recenzja ukazała się w najnowszym numerze Miesięcznika Studenckiego "Manko".

sobota, 21 listopada 2009

"Ksiązki najgorsze" Barańczaka

(recenzja ukazała się w najnowszym numerze "MANKO")

Poczet polskiej grafomanii


Czasem zastanawiam się czy poczucie humoru Polaków nie zniknęło wraz z upadkiem komunizmu. „Miś”, „Alternatywy 4”, „Seksmisja” – próżno obecnie szukać filmów, które mogłyby się zmierzyć z tymi kultowymi produkcjami. Podobnie w literaturze – teraz wszyscy w niej tacy poważni albo wulgarni. A krytyk literacki umiera z nudów…

Kiedyś było zupełnie inaczej. Nie tak dawno temu na poznańskim Uniwersytecie Adama Mickiewicza dwóch niepokornych studentów – Feliks Trzymałko i Szczęsny Dzierżankiewicz – postanowiło zająć się przeglądem polskiej grafomanii. A było wtedy w czym wybierać. Taśmowo produkowana literatura głębokiego „peerelu” aż domagała się błyskotliwego omówienia. W końcu do utworów tego kalibru trzeba było podejść z humorem i zdrowym dystansem – inaczej styczność z nimi groziła poważnymi powikłaniami zdrowotnymi.
Trzeba jakichś dowodów? Proszę bardzo. W powieści milicyjnej Heleny Sekuły, można przeczytać, że „lekarz, który pierwszy zobaczył trupa, nie pozwolił mu ani chodzić, ani niczego dotykać, uznawszy, i słusznie, że to sprawa milicji”. Oprócz spacerujących i wścibskich denatów, w literaturze tego typu aż roi się od bohaterów, którzy potrafią bić „humanitarnie, ale tak, aby bolało” i są „mężczyznami z jądrami na miejscu”. Czytelnik nie powinien dziwić się więc, że (jak pisał Jerzy Bronisławski) „turnus nie był udany, ponieważ nie sprzyjała pogoda, tego dnia więc na plażę wyległo mrowię ludzi”. Najgorsza jest jednak młodzież, która bezczelnie czesze się pod górę, chodzi w wąskich spodniach i czarnych golfach, a ponadto (ku oburzeniu Zygmunta Zeydlera-Zborowskiego) słucha „płyt Armstronga, Priestley’a i innych jazzowych gwiazd”. Na całe szczęście wroga łatwo rozpoznać – szpiedzy mają ciemne włosy, parszywie obcobrzmiące nazwiska, pocą się i nerwowo pocierają czoło. Trzeba jednak pamiętać, że próbują przebiegle wcielić się (nomen omen, też w podejrzanych) artystów. Tych jednak wprawne oko milicjanta łatwo rozpozna – „Kamera filmowa, przewieszona nonszalancko przez ramię, oraz mały berecik zsunięty na tył głowy czyniły zeń rasowego przedstawiciela X Muzy”.
Jeszcze o poezji, bo jak wiadomo, to ona od wieków krzepi naród i niesie mu pociechę. Trzymałko i Dzierżankiewicz w swoich felietonach wynajdują i opisują bardów, o których zapomnieć nie sposób. Co tam jakiś Mickiewicz, Norwid czy Słowacki. Lęki i potrzeby społeczeństwa może zrozumieć tylko ktoś pokroju Józefa Ozgi-Michalskiego: „Nasza sprawa – rzeszą pokoju/ ośmielamy się błagać z naciskiem/ wolno idzie na kształt wołu/ w międzyrożu dynamit z listem”. Zapewne, gdyby towarzysz Józef był dalej aktywny twórczo, mógłby uwspółcześnić ostatni wers, zmieniając go np. na „wąglika w liście” i, ku zadowoleniu społeczeństwa, wydać zbiór swojej poezji raz jeszcze.
Jeśli ktoś nie czuje się mocny w poezji, a przedzieranie się przez podobną metaforykę przyprawia go o nadmierną potliwość (do czego nie warto się mimo wszystko przyznawać – toż to przecież cecha szpiegów), chętnie zapewne pozostanie w bezpiecznym dla siebie obszarze prozy. Jednak i tu czekają go niespodziewane pułapki, jak np. pisarstwo Eugeniusza Kabatca: „Plan najwcześniejszy, proscenium przychylne mi zwykle, zależne od mojej woli i moich kaprysów, wyobcowało się nagłe, stanęło okoniem”.
Podobnych absurdów i potknięć w produkowanej taśmowo literaturze PRL-u było jeszcze więcej. Warto więc sięgnąć po kultowe już dzisiaj „Książki najgorsze” Stanisława Barańczaka. Okazja tym lepsza, że Znak wydał ostatnio ten zbiór wzbogacając go o „pięć wyskoków paszkwilanckich”, opublikowanych w 1993 roku w „Gazecie Wyborczej”. Idealna dawka ironicznego poczucia humoru na najwyższym poziomie. Polecam na jesienną szarugę, szczególnie tym, którzy na pamięć już znają „peerelowskie” szlagiery filmowe.

Paulina Korbut

wtorek, 29 września 2009

Mogę odejść, gdy zechcę”, Young-ha Kim , Wydawnictwo Vesper


Lubię, kiedy książka, którą biorę do ręki, potrafi mnie czymś zaskoczyć. I nie chodzi tu po prostu o trzymanie w napięciu – to mam niemal w każdym kryminale. Dobra powieść, tak jak interesująca kobieta – musi mieć to tak trudne do zdefiniowania „coś”. Takie „coś” znalazłam w debiutanckiej powieści Young-ha Kim’a.
Pierwsze, co powinno zaciekawić każdego czytelnika, to sama okładka. I choć nie powinno się niczego w dobie szalejącej konsumpcji oceniać po opakowaniu, warto o niej wspomnieć. Bo gdy tylko uchyli się drzwi, okazuje się, że śpiąca kobieta...wcale nie śpi. Nie mniej intrygująca jest sama fabuła powieści. Główny bohater, a jednocześnie narrator całej opowieści, pozostaje zagadkowy do samego końca. Opowiada zdawkowo o swoim życiu, dziwnej pracy i tajemniczych klientach, których wcale nie chce mieć zbyt dużo. Czym faktycznie się zajmuje, czytelnik dowiaduje się niemal pod koniec powieści, dlatego nie mam zamiaru niczego „spoilerować”. Kolejne bohaterki powieści przypominają narratorowi eteryczną Judytę z obrazów Gustawa Klimta, a opowieść o nich przeplata się z refleksjami na temat „Śmierci Marata” Davida czy „Śmierci Sardanapala” Delacroix’a. Natomiast mężczyzn, którzy w powieści są anonimowo opatrzeni tylko inicjałem imienia, Young-ha Kim portretuje w ich nieustannej pogoni za spełnieniem, którego i tak nie mogą osiągnąć.
„Mogę odejść, gdy zechcę” to niezwykle ciekawy traktat o wzajemnym przenikaniu się śmierci i sztuki. I choć takie połączenie to nihil novi po epoce dekadentyzmu, to w wykonaniu koreańskiego pisarza prezentuje się bardzo intrygująco. Subtelna granica pomiędzy jednym, a drugim stopniowo się zaciera. Young-ha Kim ma świadomość tego, że obecnie „śmierć nie porusza w ludziach żadnych uczuć, jak pornografia”, dlatego też z taką ostrożnością dobiera słowa, by nic nie brzmiało zbyt patetycznie, a przez to – sztucznie.

Recenzja ukazała się w Miesięczniku Studenckim "Manko" (www.manko.pl)

Eduardo Mendoza, „Niezwykła podróż Pomponiusza Flatusa”, Wydawnictwo Znak

Zaczyna się tak. Jest I rok naszej ery. Pewien nieporadny Rzymianin z rodu patrycjuszowskiego wpada na oryginalny pomysł. Zamiast żmudnie studiować opasłe dzieła wybitnych filozofów i naukowców, szuka innego sposobu na pogłębienie swojej wiedzy. Jak się można domyślić – możliwie najmniej uciążliwego. Postanawia wyruszyć na rubieże Cesarstwa Rzymskiego, gdzie ponoć znajduje się rzeka dająca mądrość temu, kto napije się jej wody. Szybko jednak zaczyna żałować, że wyściubił nos ze spokojnego lectorium.
Pomponiusz Flatus, bo o nim mowa, to postać w każdym calu niebanalna. Sceptyczny ateista, filozof-amator, a przy tym świetny mówca. Czymś musi w końcu nadrabiać, skoro niełaskawa Matka Natura nie wyposażyła go w inne przymioty. Na domiar złego jeszcze okrutnie się na nim mści za ciekawość badawczą, zsyłając najokrutniejszą z form „oczyszczenia” ciała, czyli... przewlekłą biegunkę. I choć Pomponiusz nie wierzy w żadnych bogów, trudno oprzeć się wrażeniu, że we wszystkich zdarzeniach maczają palce mieszkańcy Olimpu, a także starotestamentowy Jahwe. Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że dzięki tej męczącej dolegliwość udaje mu się ocaleć z rąk kohorty Arabów, zaprzyjaźnić z dowódcami rzymskich legionów, a także spotkać najsłynniejszego człowieka tamtych czasów – Jezusa. Tyle, że ostatniego nie jest najzupełniej świadomy. Trudno mu się z resztą dziwić, bo chłopiec ma zaledwie kilka lat i ojca, który zostaje skazany na ukrzyżowanie... za morderstwo. Oczywiście, Józef jest niewinny, a udowodnić to musi sam Pomponiusz. Czego jednak nie robi się, aby nie móc doić złośliwych kóz i nie być okładanym miotłą przez bezzębną, starą gospodynię?
Intryga goni intrygę, a absurdalne sytuacje przyprawiają czytelnika o niekontrolowane wybuchy śmiechu. Eduardo Mendoza niezwykle zręcznie łączy konwencję kryminału, błyskotliwej parodii i fantazji, której nie powstydziłby się twórca biblijnych apokryfów. Wszystko okraszone uszczypliwym humorem, który choć miejscami jest ciut politycznie niepoprawny, to rozbawia do łez. I na koniec najważniejsze. To bez czego żaden kryminał obyć się nie może – zaskoczenie. Słowo dziennikarza „Manko”, że będziesz na prawdę zdziwiony, kiedy odkryjesz, kto zabił.


Recenzja ukaże się w październikowym numerze Miesięcznika Studenckiego "MANKO" (www.manko.pl)

czwartek, 24 września 2009

Zbigniew Machej, „Prolegomena. Nieprzyjemne wiersze dla dorosłych”


Poeta czy copywriter ?

Otwierasz i czytasz: „Teksty składające się na niniejszą książkę przeznaczone są wyłącznie do użytku wewnętrznego dorosłych użytkowników miast i wsi.” Jeśli nie jesteś dorosły, lepiej odłóż. Jeśli nie masz poczucia humoru – tym bardziej.

„Prolegomena. Nieprzyjemne wiersze dla dorosłych” z pewnością nie jest zbiorem, który wszystkich zachwyci. Pomijając ogólną prawdę, że tylko „niektórzy lubią poezję” (czyli, jak wyliczała niegdyś Szymborska, nieco ponad 2 tysiące), Zbigniew Machej stawia swojemu czytelnikowi pewne ultimatum. Musi porzucić stereotypowe przyzwyczajenia, że poezję czyta się dla pięknego języka i przemyconych między wersami „prawd”. Twórczość spod znaku Macheja to absurdalny, nierzadko „koszarowy” humor podany w formie rymowanych wyliczanek. Nie radzę pokazywać je dzieciom, które są w fazie nadgorliwego uczenia się na pamięć wszelkich rymowanek. Kto wie, czy nie pochwalą się zaproszonym na imieniny gościom, że „heretyckie i laickie/ lubią świecić gołym cyckiem/ bez względu na wiek i tuszę/ gdzie te Czeszki mają duszę” („Święte oburzenie prawdziwego Polaka na urlopie
w Grecji z powodu Czeszek opalających się topless”) albo zadeklamują babci i dziadkowi
z okazji ich święta: „Po pięćdziesiątce stajesz się dziki/ i w seksie miewasz świetne wyniki”(„Dystychy dla Jana Stachowskiego na jego 50. urodziny”).

Machej z szelmowskich uśmiechem wyśmiewa niemal wszystko – śmierć, starość, „miłośników stylu wysokiego”, grecką mitologię. Dlatego nawet w wierszu napisanym kilka dni po śmierci Andrzeja Stankoviča nie pobrzmiewa żałobny ton właściwy trenom, ale kpiarskie: „choć może lepiej kazać się spalić,/ by przed robactwem zwłoki ocalić”. Splendoru pozbawia się mitycznych herosów. Edyp co prawda ma „twarz o klasycznym profilu”, ale także „przetłuszczone loki” i „śmierdzi jak kozioł ofiarny” („Edyp i Sfinks”). Wenus zostaje
z kolei porównana do mało zgrabnej „błędnej boi” („Wenus nad Olimpem”), a muzy zamiast troszczyć się o sztukę, wolą ofiarować śmiertelnikom ouzo. Poeta żartuje nie tylko
z pogańskich wierzeń – przebite mieczami serce, które w chrześcijaństwie symbolizuje mękę Chrystusa, w jednym z wierszy jest zdegradowane do „naszpikowanej” wykałaczkami „Ucieczki Powstających Nagle od Stołu”(„Serce przebite”). Poeta nie oszczędza również kolegów „po fachu”, parodiując frazę Różewicza czy Herberta.

Jak na współczesnego poetę przystało, Machej jest też uważnym obserwatorem codzienności. W „Prolegomenie” czytelnik znajdzie sporo odwołań do kultury popularnej - katalog pocałunków z amerykańskimi i europejskimi gwiazdami (mimowolnie nasuwa się tu skojarzenie z piosenką pt. „Baśka”), szybki kurs interpretacji kwiatów czy kultowe cytaty
z wypowiedzi polityków. Szczególnie ciekawy jest tu utwór „Prolegomena do dziejów poezji polskiej w latach dziewięćdziesiątych XX wieku”. Ironicznie streszczono w nim najważniejsze wydarzenia polityczno-ekonomiczno-społeczne (rozwój szarej strefy, afery korupcyjne, „denominacja demonicznej złotówki”), które bezpośrednio wpływają na kształt obecnej poezji. I choć „lata 90. były, oczywiście, lepsze/ niż lata 80.”, to Machej nie zostawia na współczesnym życiu literackim suchej nitki. Złośliwie opisuje polski fenomen zaskakującej „prolongaty”, jaką objęto starość i młodość (ta, choć już nie jest „gniewna, chmurna i durna”, to nie kończy się po czterdziestce - tak, jak nakazuje regulamin nagrody Kościeliskich). Co gorsza, „starzy poeci,/ wyobraźcie sobie, coraz dłużej starzy i starzy” są niezwykle uparci. Zamiast „taktownie” przejść na poetycką emeryturę, trwają na swoich stanowiskach. Za wzór stawia się tu Zbigniewa Herberta, który jako jedyny postąpił „fair”
i „w lipcu/ 1998 roku przeniósł się bez nagrody Nobla do Elizjum”. Bardziej jednak niż marginalizowanie twórczości młodych, irytuje Macheja podział na obozy, w których czyta się tylko „swoich poetów, swoich słodkich pupili”. Nie dziwi go z resztą, że starzy nie czytają debiutantów – przecież ich niepokoje, fascynacje i język jest zupełnie nieprzetłumaczalny dla „Nowej Fali, (...), redaktorów „Tygodnika Powszechnego”, „Kultury”, „Polityki” oraz znakomitej/ większości członków SPP i PEN-Clubu”. Jakie są skutki tej literackiej polityki skostniałych podziałów i kółeczek wzajemnej adoracji? W „Prolegomenie” do najistotniejszych wydarzeń literackich zaliczono w zasadzie tylko przeprowadzki kolejnych wydawnictw czy polskich poetów. Odpowiedź nasuwa się więc sama.

W nurt poezji zaangażowanej wpisują się też „Cztery litanie społeczno-ekonomiczne z lipca 2002 roku”. Ta ironiczna pseudo-modlitwa to w zasadzie wykaz bulwersujących afer i absurdów polskiej rzeczywistości. O uszczypliwość Macheja świadczy już samo motto, w którym przywołuje myśl Adama Zagajewskiego i… Andrzeja Leppera.

Czytelnicy, którzy znają twórczość cieszyńskiego poety z wcześniejszych tomów, w „Prolegomenie” odnajdą wiele znanych motywów. Podobnie, jak w „Krainie wiecznych zer”, nie brakuje odwołań do dziecięcej innowacji czy wykorzystania tropu tytułowego regionu. I choć syn poety ma już cztery lata, to jego porównania zaskakują niczym „Zapiski spod wierzy Babel (z epoki porzucania pieluch)”. „Ale głęboki wiatr powiedział mój czteroletni syn/(…) rzeczywiście głęboki mnie to nie przyszło do głowy” („Głęboki wiatr”). Być może właśnie z zazdrości o tę niesamowitą swobodę w posługiwaniu się językiem, Machej próbuje siłować się ze słowem? Widać to choćby w przypadku neologizmów utworzonych z nazw poszczególnych miesięcy („Szalony krowy mrok”).

Kpiarski ton, zabawa formą wiersza i językiem, trafne obserwacje codzienności skwitowane ironiczną puentą – to znaki szczególne poetyki Macheja. Taka strategia pozwala w doskonały sposób zdystansować się poecie i uniknąć wysokiego tonu, który wyśmiały już wcześniejsze pokolenia. Patosu (a nawet zwyczajnej powagi) wystrzega się on jak ognia, co widać np. w utworze „Następny”. Poważny nastrój, jaki buduje opis bezsennej nocy, zostaje w mgnieniu oka zburzony przez… gest dłubania w nosie. „A w jego nosie/ dziurek osiem/ razy osiem razy/ osiem/ a z każdej sterczy/ ostry/ włosek”.

Poeta? Publicysta? A może copywriter? Z pewnością Machejowej giętkości języka, fantazji i zadziorności nie powstydziłby się żaden pracownik agencji reklamowej czy dziennikarz. Niewidzialne łapsko wolnego rynku dotyka wszystkich – dlaczego więc nie zawrzeć w swojej poezji trochę chwytów medialno-marketingowych?

Jeszcze o zdrowiu. Czytelniku, pamiętaj „częste dawanie buziaka/ może spowodować raka/ jamy ustnej i choroby serca” („Ostrzeżenie Ministra Zdrowie i Opieki Społecznej”). Natomiast częste czytanie Macheja z pewnością nie uśmierzy nawet bólu głowy. Tomik stanowi za to cenne źródło zdrowego dystansu. Miejscami w wydaniu rubasznym i ze sporymi niedostatkami, ale przecież wszystko jest dla (dorosłych) ludzi. Nawet nieprzyjemne wiersze.


niedziela, 16 sierpnia 2009

"Mdłości" Sartre'a


Wreszcie skończyłam. "Mdłości" wyjeździły się ze mną pociagami do i z Krakowa, autobusami, nie wspominając, że zjeździły ze mną pół Czech, Francji i Niemiec ;)

Ale w końcu dotarłam do 242 strony i mogłam z ulgą zamknąć książkę. Trudno mi powiedzieć dlaczego tak ciężko było mi przebrnąć przez Sartre'a. Może ta książka po prostu nie nadaje się na wakacje. Gryzie się z mocnym słońcem, zapachami i przyjemnym ciepłem. Dużo lepiej wpasowałaby się w jesienną szarugę i pluchę.

"Mdłości" to według krytyków kolejna próba zapisu strumienia świadomości. Czytając dziennik Antoine'a Roquentina wnikamy stopniowo w jego lęki i próby znalezienia sensu swojej egzystencji. Narrator tych zapisków ma co prawda dopiero 30 lat, ale czuje się zupełnie wydrążony, "skończony". Sporą część książki stanowi analiza stanu, który Antoine nazywa mdłościami. Trudno jednoznacznie go określić - jakaś dziwna mieszanka lęku, bezbrzeżnej nudy, nerwicy i specyficznych odczuć fizycznych (podobnych do wymiotów). Zmiana, jaka zaszła wraz z pierwszym atakiem mdłości, jest nieodwracalna. Kolejne zapiski pokazują, jak sens tracą kolejne aspekty życia bohatera. Nawet sprawy najważniejsze - miłość do Anny i pisana od dawna książka.

Pełen niepokoju i dziwnych przeczuć Antoine często zaglębia się w tworzone przez siebie iluzje. Szczególnie wyrazista jest ta, w której wyobraża sobie koniec mieszczańskiego życia, które w spokoju prowadzą ludzie z Bouville. Łaskotanie, które nagle okazuje się ruchami ożywioengo ubrania. Swędzenie w ustach, które po spojrzeniu w lustro uświadamia, że język zamienił się w wielką włochata gąsienice. Albo zupełnie absurdalny obraz, która ma przedstawić się mieszkańcom po przebudzeniu. Las ogromnych penisów, które do krwi dziobią ptaki...

Ciekawie wypada też zestawienie porteru Antoine'a w zderzeniu z Anny (która lubowała się w kreacji chwil doskonałych) i Samouka (niepoprawnego humanisty i socjalisty).

Jakies pozytywne aspekty? Pomimo mdłego marazmu, jaki spowija cały dziennik Roquentina, przebija pewien promyk optymizmu. Istnieje wolność. Choć jest samotnością i przypomina stan podobny do śmierci, to zawsze jest jakaś potencja - może przerodzić się w kolejny przełom, odnalezienie sensu własnego istnienia. Roquetin będzie próbował. Wyjeżdża do Paryża i być może napisze kolejną książkę.


p.s. Kiedyś w rozmowie z M.W. zaczęliśmy rozmawiać o odczuciach, które M. świetnie nazwał "rozedrganiem". Myślę, że to określenie idealnie pasuje do "mdłości" i mogłoby spokojnie zastąpić je w przyszłych tłumaczeniach. W końcu na zubożony przekład słowa "la nausee" psioczą wszyscy krytycy.

czwartek, 30 lipca 2009

"Rozczarowanie" i "Mały pan Friedemann" Tomasza Manna


Gdyby nie P., to pewnie nie sięgnęłabym po żadną książkę (ale nie ma jak siarczysty opiernicz, że żaden brak czasu czy zmęczenie nie powinno być wytłumaczeniem dla umysłowego lenistwa :).
Gdyby nie T., to pewnie nie sięgnęłabym po prozę Manna.

Mam więc Manna. A konkretniej zbiór nowel, mała rozgrzewka przed "Doktorem Faustusem".
Na pierwszy ogień poszły dwa początkowe opowiadania...

"Rozczarowanie". Krótka miniaturka. Cała fabuła to w zasadzie szczępek rozmowy z przypadkowym, trochę dziwacznym mężczyzną. Trudno narratorowi określić jego wiek, profesję, nawet narodowość. Rozmowa wywiązuje się przypadkiem i już od samego początku jest dziwna - jak to u Manna ;)
Porusza za to ciekawą kwestię - poczucia niedosytu, jakie towarzyszy przez całe życie. Rozczarowania wynikającego z zupełnej nieprzystawalności wyobrażeń z rzeczywistością. Co ciekawe, nie chodzi tylko o wygląd jakiegoś miasta, budowli, dzieła sztuki - widząc je na "żywo" często odkrywany, że nie jest takie ekscytujące.
Mann pisze też o rozczarowaniu każdą emocją, której wyobrażeniem budował na poezji. Ból po stracie ukochanej osoby nie jest tak przepastny, jak przypuszczał. Podobnie ze szczęściem.("Ból ma granicę: cielesny w omdleniu, duchowy w tępocie - ze szczęściem jest nie inaczej.").
Co więcej, dziwaczny z zachowania mężczyzna podkreśla, że język wcale nas nie ogranicza. Nie istnieją niewypowiedziane emocje i doznania - poezja i literatura doskonale sobie z tym poradziła. "Ludzka potrzeba wywnętrzania się wynalazła sobie słowa, które kłamstwem przechodzą te granicę".
Inspirujące spojrzenie.

"Mały pan Friedemann". Opowieść o brzydkim kaczątku, która nie kończy się happy endem. Kaleki Friedemann, który potrafił cieszyć się swoim cichym życiem, nagle traci spokój. Wszystko przez właścielkę brunatnych, nieco za blisko osadzonych oczu i kaskady rudych loków. I mimo to, że temat wydaje się niezwykle banalny i łzawy, Mann tak prowadzi narrację, że trudno mówić o poruszaniu sumień czytelników.
Ciekawa jest atmosfera całej noweli - taka duszna i parna. Mann potrafi opisywać świat swoich bohaterów w taki sposob, że wpada się w takie lekkie otępienie. Sama nie wiem skąd to się bierze.
W każdym razie lakoniczne zakończenie opowiadania i zdanie "przy plusku wody świerszcze zamilkły na chwilę" świetnie dopełnia całości... i mimo ciężkiej atmosfery, jakiegoś przeczucia katastrofy - zaskakuje.

niedziela, 7 czerwca 2009

Michał Olszewski, „Low-tech”

Proekologiczny romantyzm?


Wyobraź sobie świat, w którym wszyscy starają się być jak najmniej uciążliwi dla środowiska naturalnego. Kąpią się raz na tydzień, a wodę z kąpieli wykorzystują jeszcze do prania
, mycia podłogi czy spłukiwania. Nie używają kosmetyków (oprócz szarego mydła) i lekarstw (toksyny!). Lodówkę włączają tylko latem. Przedmioty wyrzucają dopiero wtedy, kiedy zupełnie się już rozpadną.
Tę utopijną wizję od kilkunastu lat wciela uparcie w swoje życie M-ski, jeden z bohaterów „Low-tech” Michała Olszewskiego. Starzejący się działacz, który kiedyś walczył przeciw komunizmowi, dziś stara się porwać za sobą tłumy i przekonać do swojej radykalnie ekologicznej ideologii. Charyzma i płomienne przemowy sprawiają, że udaje mu się zgromadzić wokół siebie grupkę zwolenników, ba – niemal wyznawców. M-ski ma nawet swoje pięć minut w mediach, wypowiada się jako ekspert w wielu debatach publicznych. Uparcie zachęca do prowadzenia życia w stylu „low-tech”, gdzie w świecie „zbudowanym z niczego, a jednocześnie wygodnym i ciepłym”. Wielka ekologiczna rewolucja jednak nie nadchodzi.
Całą historię M-skiego czytelnik poznaje z punktu widzenia młodego i obiecującego architekta – Cfiszena. Bohater ten, tak jak Raskolnikow (do inspiracji Dostojewskim przyznaje się sam Olszewski), czuje się zagubiony we współczesności i szuka na własną rękę wartości, w które wreszcie uwierzy. Z marazmu wyrywa go na moment przyłączenie się do „sekty” M-skiego. Punkt widzenia Cfiszena determinuje jednak mocno atmosferę, w jakiej budowana jest fabuła. Jego zdystansowanie i nieustanne wątpliwości sprawiają, że cała opowieść snuje się ciągle „obok” wydarzeń. Więcej w niej relacji, wspomnień i rozmyślań, niż faktycznej akcji. Być może dlatego trudno wyzbyć się wrażenia, że bohaterowie „Low-tech” są jakby trochę papierowi. Choć ścierają się tutaj ze sobą radykalnie odmienne pomysły na kształt świata (despotyczny ekologizm M-skiego i pochwała współczesnego rozwoju przez Ratnicyna), to nie ma w tych sporach żadnej iskry, żadnego napięcia.
Jedno trzeba przyznać – Olszewski to bardzo dobry obserwator. Pomimo całego Cfiszenowego marazmu, jaki wkradł się w fabułę, trafne opisy złowrogiego K. (czyżby Kraków?) robią niekiedy wrażenie. Autor wyczuwa i zgrabnie portretuje pulsującą miejską energię, nieustanne procesy konstruowania i burzenia, niewidzialne linie frontów nieoficjalnych walk. Miasto to dla niego niepojęty chaos, kosmos dźwięków i przestrzeń nieustannych eksperymentów.
Olszewski wielokrotnie udowadniał, że ma romantyczną duszę. Jego „Zapiski na biletach” (cykl w „Gazecie Wyborczej”) przepełnione są sentymentalnymi detalami, nostalgią. Pełno tych elementów i w „Low-tech”. Dlatego też powieść Olszewskiego traktuję nie jako świadectwo proekologicznych sympatii autora, ale historię o różnych odcieniach tęsknoty. Za światem, który nigdy nie będzie taki, jak przedtem.Za młodzieńczymi marzeniami, które rzeczywistość brutalnie weryfikuje. Złości na siebie za wszystkie niewykorzystane szanse.


(Recenzja ukaże się w najnowszym numerze miesięcznika studenckiego "MANKO")

"Dwanaście" Marcina Świetlickiego


„Kryminał specjalnej troski”

Marcina Świetlickiego nikomu przedstawiać nie trzeba - niebanalny poeta, lider popularnych „Świetlików” i najsłynniejszy korektor Tygodnika Powszechnego. Na swoim koncie ma również epizod aktorski i prezentera telewizyjnego. Mimo tak licznych wcieleń, zaskoczył znowu. Czternaście lat po swoim debiucie poetyckim Świetlicki pokazał prozatorskie oblicze.
„Dwanaście” to nietypowy kryminał. Główny bohater, do którego wszyscy zwracają się per „mistrz”, zostaje wbrew sobie wplątany w dziwną intrygę. Pewnego dnia młoda dziewczyna prosi go o pomoc w rozwiązaniu jej problemu. Studentkę od pewnego czasu prześladuje zjawa Karola Kota – straconego kilkadziesiąt lat wcześniej mordercy z Krakowa. Mistrz postanawia zająć się tą sprawą, jednak szybko zapomina o swoim zadaniu. Po pewnym czasie w tajemniczych okolicznościach giną praktycznie wszyscy członkowie kapeli Biały Kieł, z którymi mistrz przyjaźnił się w młodości. Zamiast jednak stopniowego dochodzenia po nitce do kryminalnego kłębka, „Dwanaście” wypełniają hektolitry wypitej w „Biurze” wódki, kolejne romanse Manga Głowackiego i ironiczna krytyka „magicznego i kultowego” Krakowa. Odpowiedź na klasyczne pytanie: „kto zabił?” pada tu niby przypadkiem, choć trzeba przyznać, że jak przystało na rasowy kryminał, zaskakuje.
Podstarzały „mały mistrz na tropie” to nieporadny niby-detektyw, który nawet nie stara się, aby wyjaśnić sprawę. Snującego się po krakowskich ulicach i knajpach bohatera rozwiązanie zagadki znajduje niejako samo. I choć tropiciel z niego żaden, to ma pewne zalety. Mistrz to doskonały obserwator otaczającej rzeczywistości. Z doskonałą precyzją i ironicznym humorem piętnuje absurdalne wydarzenia, wzorce osobowościowe, trendy, a także powszechne stereotypy. Zabawnych porównań i puent nie brakuje, jednak mimo wszystko Czytelnikowi nie jest do śmiechu. „Dwanaście” to z pewnością kryminał specjalnej troski, ale i wnikliwy portret zagubionych we współczesności ludzi - słuchających nikomu niepotrzebnych płyt, niewłaściwie lokujących uczucia, nieporadnych, niedojrzałych. I samotnych, ale to już reguła Świetlickiego – bo „prawdziwy bohater powinien być samotny”.

wtorek, 6 stycznia 2009

"Cicho ciszej" Jarosław Marek Rymkiewicz


Będzie krótko. Masakra...
Nie rozumiem Rymkiewicza. I to nie dlatego, ze uprawia jakiś enigmatyczny typ poezji... nie...
Otóż JMR jest ogarnięty jakąś obsesją śmierci... i na dodatek zamęcza nią jeszcze czytelnika ;/
O ile na początku zbioru mogłam jeszcze przetrawić barokowe stylizacje i odwołania do Naborowskiego czy Sępa... to ciągnięcie ich przez wszystkie tomiki ujęte w "Cicho ciszej" wychodzi po ludzku bokiem...
Ile można o rozkładających się trupach, dzwoniących piszczelach... no ile...


A ten cały cykl "Ogród w Milanówku" to dla mnie jakaś marna podróbka Czarnolasu Kochanowskiego...
Marnie... marnie...

Jedyny przebłysk humoru widziałam w "trzech piosenkach o nicości", ale to za mało...

Czemu, więc wspominam o JMR? Dla jednego cytatu z wywiadu dla Polityki :> Pomińmy moje sympatie polityczne, ale jednak poecie, laureatowi Nike pewnych rzeczy nie wypada robić...

Rozmowa Joanny Lichockiej z Jarosławem Markiem Rymkiewiczem

„Rzeczpospolita”

/…/

Polska to był taki wielki ospały żubr śpiący pod drzewem w Puszczy Białowieskiej. Otóż ten wielki białowieski żubr spał sobie słodko (lub spał dręczony okropnymi snami) gdzieś na polanie w głębi puszczy i sen jego, podobny śmierci, mógłby trwać jeszcze wiele lat - gdyby Jarosław Kaczyński nagle nie ugryzł go w dupę. Żubr, ugryziony przez pana premiera, podniósł głowę, potrząsnął rogami, ryknął i popędził. Dokąd, tego nikt nie wie. Ale galopuje, pędzi ku swoim nieznanym, dzikim przeznaczeniom. Polska poruszyła się, została poruszona - jest coraz inna i będzie jeszcze inna./…/ Właśnie dlatego wszystko, co zrobił i co robi Jarosław Kaczyński, jest dobre. Ugryzł żubra w dupę i to czyni go postacią historyczną.

/…/

Wszystko, co robi Jarosław Kaczyński, jest dobre dla Polski. Podkreślam - wszystko. To zdanie obejmuje także jego błędy, jego pomyłki, jego niepowodzenia, jego nieudane przedsięwzięcia. Nie udaje mu się wiele rzeczy. Oceniając ludzi, często się myli. Potem musi się publicznie dystansować od tych, którzy go zawiedli.

( Giertych powiedział, że Gombrowicz jest pisarzem dla pedofilów. Czy to też jest dobre dla Polski – pyta dziennikarka – przyp. mój)

To głupstwo bez znaczenia, za kilka miesięcy nikt o tym nie będzie pamiętał. Ważne jest tylko to, że Polska jest rozpędzonym żubrem, galopującym do przodu, że historia Polaków wreszcie ruszyła z miejsca - i już nic jej nie zatrzyma.

/…/

Jarosław Kaczyński wygra następne wybory. Dlatego, że historia Polski nagle się poruszyła. Polacy się ruszają, rusza się im w głowach.

Pytanie dziennikarki: Jak to się dzieje, że duża część naszych polskich elit mówi diametralnie inaczej niż pan?

Dlatego, że to są wykształciuchy. Trzeba powiedzieć, że Ludwik Dorn znalazł dobre słowo - dokładnie oddające tym ludziom to, co im się należy.

Pytanie dziennikarki: Czemu pan protestuje, kiedy ze wszystkich stron słychać, że PiS musi przegrać?

W związku z tym pani pytaniem chciałbym się zwrócić z tego miejsca - z tego tarasu w Milanówku, gdzie teraz rozmawiamy - do Jarosława Kaczyńskiego. Panie premierze. Niech mnie pan uważnie posłucha. Uważam, że wygra pan te wybory, które właśnie nadchodzą. Może być jednak i tak, że je pan przegra. Ale bez względu na to, czy pan je wygra, czy przegra, powinien pan cały czas pamiętać o tym, że to, co pan wykonał, będzie pan musiał wykonać jeszcze wiele razy. Historię Polaków trzeba będzie wiele razy poruszyć, popędzić do przodu. Nie wystarczy tylko raz, jeden raz, zmusić do galopu tego starego białowieskiego żubra.

/…/Uważam, że Jarosław Kaczyński jest największym polskim politykiem od czasów Józefa Piłsudskiego. Tak jak Piłsudski był największym polskim politykiem od czasów kanclerza Zamoyskiego. Siła duchowa Jarosława Kaczyńskiego jest tak wielka, że stać go na to, żeby jeszcze kilka razy ugryźć w tyłek przysypiającego żubra.

/…/

http://www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_070825/plus_minus_a_5.html

rozmawiała Joanna Lichocka

Milanówek, 17 sierpnia 2007 roku

Jarosław Marek Rymkiewicz

Urodzony w 1935 r. w Warszawie. Poeta, dramaturg, eseista, krytyk literacki, tłumacz. Debiutował w 1957 r. zbiorem wierszy "Konwencje". Napisał m.in. "Czym jest klasycyzm", "Juliusz Słowacki pyta o godzinę", "Aleksander Fredro jest w złym humorze", "Leśmian. Encyklopedia", "Rozmowy polskie latem 1983 roku". Laureat literackiej nagrody Nike w 2003 r. za tom poetycki "Zachód słońca w Milanówku".

"Warunek", Eustachy Rylski


Eustachy Rylski ma tyle lat co mój dziadek. Kiedy więc czytałam "Warunek" nie mogłam się nadziwić, skąd tyle werwy, kawalerskiej fantazji... i awanturniczego pomyślunku w facecie, który na dobrą sprawę powinien
powoli popadać w demencję...

Nie będę się rozpływać nad "Warunkiem", bo mimo wszystko to męska proza i nie do końca przypadła mi do gustu.
Ale znać rękę mistrza - wartka fabuła, świetne stylizacje i uszczypliwy humor. I choć tłem dla akcji są ważne historyczne wydarzenia, Rylski nie ma zamiaru rozwodzić się nad kwestiami martyrologicznymi...
ufff... ;)

Więc coś z tych wojen napoleońskich da się jednak wyciągnąć - nie tylko nudne (jak nie wiem co !) "Popioły". Tam tez niby jest rozrachunek z mitem Cesarza...ale... litości... sposób podania taki, że trudno się dziwić temu, że czytają to tylko poloniści (i to do poprawkowego egzaminu :).

"Jadąc do Babadag" Andrzeja Stasiuk


"Jadąc..." wyleżała się na mojej półce ponad rok... Kiedyś zaczęłam, ale jakoś nie mogłam skończyć... no to podejście drugie ;)

Proza dość specyficzna... Stasiuk z lekkim odcieniem nonszalancji opisuje SWOJĄ (podkreślenie bardzo na miejscu :>) Europę i nie przejmuje się, że mniej obeznany czytelnik będzie się wśród tych nazw miasteczek i wiosek gubił...Były miejsca w tej książce, że nie miałam pojęcia w jakim kraju "jesteśmy".
Męcząca była też sama kompozycja książki - tak na dobrą sprawę, tekst mógłby się zacząć i skończyć w dowolnym miejscu... Zero napięcia i oczekiwania na finał - takie leniwe przypatrywanie się kolejnym obrazom... Uczucie podobne do biernego patrzenia przez okno rozklekotanego autobusu turystycznego.

Trochę to irytujące, ale co tam - nowoczesna proza i jej "widzimisię".

Plusy? Klimat "Jadąc..."
Choć styl Stasiuka jest dla mnie trochę "przyciężkawy", to jednak jedno trzeba mu przyznać - pisarz potrafi wniknąć w miejsca, które odwiedza i oddać w opisie ich atmosferę (ciężką, duszną, przygnębiającą... ). To, że autor nie podróżuje traktem zabytków nie jest wcale originalne... ale że śledzi śladu z przeszłości Ciorana... albo Ceaușescu ...
no no ;)
I choć to trochę nużące było po raz enty czytanie, że autor wchodzi do knajpy i zamawia swój obowiązkowy zestaw - kawę plus lokalny alkohol, to... przynajmniej wiadomo, co pić ;)

Przyznam się na koniec, że po "Jadąc" złapałam zajawkę na Europę Środkową (choć Hiszpanii bynajmniej mi się nie odechciało ;).
Trzeba tam będzie pojechać...
z aparatem...
koniecznie z aparatem ;)

poniedziałek, 22 grudnia 2008

"Hanemann", Stefana Chwina


Kolejna pozycja z mojej prywatnej listy książek, które wypada przeczytać...
Wrażenia?
hmmm...

Pomysł fajny - próba opisu zmian, jakie zachodzą po ponowny włączeniu Gdańska do Polski (po odebraniu mu statusu wolnego miasta). Co więcej, głównym bohaterem powieści staje się nie kto inny, ale niemiecki lekarz - Hanemann. Zza jego ramienia spoglądamy na spokojne miasto wypełnione Niemcami, potem na dramatyczne sceny wysiedleńcze. Hanemann pomimo bolesnych doświadczeń, postanawia zostać w Gdańsku i dzięki temu widzimy, jak zmienia się przestrzeń - w domach jego znajomych mieszkają polskie rodziny, ulice zmianiają swoje nazwy.

ale...

Hanemann jak na tytułowego bohatera jest postacją dosyć bierną. W fabule przebija się tylko na zasadzie lejtmotivu wspomnień Piotra (narratora), rozmów innych osób... Nic specjalnego. Natomiast końcówka, kiedy wraz z Hanką i Adamem wyrusza gdzieś w nieznane, żeby uniknąć nasilających sie represji, jest jakaś taka melodramatyczna...

Powieść mimo wszystko bardzo mnie męczyła - nie wiem czy to przez "cięzki" styl Chwinna czy zbytnią rozwlekłość fabuły.

Jedno mnie zastanawia - po co ten motyw z obrazem Caspara Davida Friedricha, który wisiał w gabinecie Hanemanna (i jest też na okładce).
Bo jeśli chodzi o unaocznienie romantycznej duszy lekarza - to do puli minusów dokładam jeszcze jeden... za motyw arcy-kiczowaty.



poniedziałek, 24 listopada 2008

"W czerwieni" Magdalena Tulli

" W czerwieni to trzy, rozgrywające się w mitycznym mieście Ściegi, opowieści o niezaspokojonych pragnieniach, z których rodzi się cierpienie. W pierwszej bohaterowie próbują je zagłuszyć walką. W drugiej zapełniają pustką życia, gromadząc dobra i pieniądze. W trzeciej na nic już nie liczą i poddają się szaleństwu. Świat, o którym opowiada Magdalena Tulli, dławi się poczuciem braku i nienawiścią zrodzoną z cierpienia. "


Dawno już nie czytałam powieści, z której tchnęła by jakaś... nowość. Wszystko, co do tej pory czytałam, było tak...jakby ulepione z jednej gliny (może za mało czytam? :>)
A tu bach ! - Tulli... olśnienie ;)

Początek "W czerwienii" to dziwna konsternacja. Nie wiadomo czy to powieść o miłości, ekonomii (co chwile jakieś dziwne teorie na temat handlu :> ), wojnie?
Jak się potem okazuje - o wszystkim, ale choć pole tematyczne dość oklepane, to wykonanie Tulli mistrzowskie. Co za pomysłowość językowa i metaforyczna !
Strzępy czerwonych jedwabnych nici, które wplątują się we włosy żołnierzy...
Fragmenty karmazynowych muślinów wypluwane przez umierających ... (świetne obrazowanie!)

czy z motywów lżejszych : genialna groteska ! - Mieszkańcy Ściegów, którzy "żyją" na złość innym, choć ich serce już dawno nie biję... (vide córka burmistrza, która po tym, jak jej serce stanęło... zaczyna bezczelnie czytać romanse ;)

I końcówka... Ściegi, jako (niby?) miasto, które utkane jest z przede wszystkim historii, wspomnień i dawnych opowieści.

Po porstu ....Mrrrrr....
i bez takie bufonady a'la Tokarczuk.

:)

"Zlew" Paweł Oksanowicz


„Zmywanie” po męsku

Podobno nie ma nic bardziej bezdennego niż damska torebka. Otóż jest – męski zlew. Piętrzące się w nim naczynia zdają się nie podlegać jakimkolwiek prawom fizyki, z grawitacją na czele. I choć fenomen ten niewątpliwie zasługuję na uwagę… to żeby od razu książkę o nim pisać?
Franek Gałgan to współczesny mężczyzna wyzwolony. Korzystając z wirtualnego przyzwolenia na kreację innych światów, stwarza sobie nie jedną, a trzy partnerki idealne. Mamy więc ognistą Nasturcję, żadną wrażeń Hortensję i troskliwą Forsycję. Dziewczyny robią się jednak coraz bardziej wymagające – w końcu, niezadowolone, uciekają z Internetu. Jakim cudem? Po paru stronach powieści Pawła Oksanowicza pytanie przestaje być zasadne : autor bez ogródek bawi się stworzoną przez siebie fikcją, a absurd goni absurd. Świat wykrzywia się coraz bardziej, a przejaskrawione sytuacje zaczynają śmieszyć nawet zatwardziałe feministki (sprawdzone). A wszystko podane w niebanalny językowo sposób, najeżone ciętymi i zabawnymi ripostami Franka. Bo jeśli oprócz niebieski oczu i alfy romeo, nie ma się mięśni, to trzeba się bronić słowem – co Gałganowi wychodzi świetnie.
I choć to typowo „męska proza” (kto, jeśli nie facet, ubiera śmierć w długie szpilki i obcisłą mini?), to polecam szczerze i paniom. Warto przeczytać, żeby wiedzieć, co też „płci brzydkiej” chodzi po głowie. Nawet jeśli to tylko taka zabawa i żarty (jak mówił mi sam autor).
Gdzie ten cały zlew? Nie powiem. Przeczytajcie sami.


Tekst ukazał się w Miesięczniku Studenckim "MANKO", www.manko.pl

niedziela, 16 listopada 2008

"Traktat o łuskaniu fasoli" Wiesława Myśliwskiego


Książka, której przeczytanie ciągle odkładałam na lepszy czas. A to egzamin-"kobyła" z Pozytywizmu i Młodej Polski, a to pisanie licencjatu, a to co innego...
Kiedy wreszcie udało mi się dorwać "Traktat", nie mogłam się wręcz odkleić. Co za proza!

A w sumie powinno być nudno... Cała opowieść (ponad 500 stron ;) to... monolog. Ja już przy Wielkiej Improwizacji wysiadałam (tak, ja - polonistka !), a przy Myśliwskim... łapczywie połykałam kolejne zdania, strony, rozdziały...

"Traktat" to jedna noc, w trakcie której emerytowany muzyk (obecnie dozorca domków letniskowych) opowiada tajemniczemu gościowi całe swoje życie. Szkolne bójki, pierwsze fascynacje muzyczne, miłosne... I choć forma monologu powinna odstraszać, to mnie wręcz zahipnotyzowała. Takie rozwiązanie narracyjne (słyszymy jakby pół rozmowy, tzn. tylko tę od strony dozorcy, przybysz milczy) sprawia, że czytelnik może się wczuć w rolę gościa... i brać realny udział w rozmowie. Może wymaga to "empatii fikcyjnej" (którą podobną mam... w przeciwieństwie do realnej ;/), ale mnie taki układ jakoś ... uspokajał. Może jakoś mi to rekompensuje brak bliskiego kontaktu z takim "mędrcem". W mojej rodzinie z męska starszyzną to jest... jak jest...

Na odwrocie książki cytat z jakiejś recenzji - "takiej książki nie napisze nikt z młodych". To prawda. Tyle w niej spokoju, zdrowe dystansu do siebie i świata, pogodzenia ze wszystkim - to jest chyba ta cała "mądrość życiowa". Tylko inna, niż wydaniu powszechnym - bez głupiego zrzędzenia i narzekania. Skąd w Myśliwskim tyle ciepła i spokoju?

No i nie ma nic "genederowego", "queerowego" itp.
Uffffff :)

wtorek, 23 września 2008

Popioły ... brrr...


Książka, przez którą nie miałam wakacji. Moja wina, mogłam cokolwiek o niej doczytać przed czerwcowym egzaminem... ale nie starczyło już sił i ochoty.

Skoro dostałam za nią pierwszą pałę na studiach, postanowiłam zobaczyć o czym to "najwybitniejsze dzieło Żeromskiego " (prof Pdoraza musiała chyba się grupo pomylić...) traktuje...

Jak wrażenia? zmęczyłam 2/3 pierwszego tomu... nie dałam psychicznie rady przeczytać więcej....

Nudy, nudy i do tego zgrzyty stylistyczne, których strawić współcześnie już się nie da... Wszystko rozumiem - proza starzeje się szybciej niż poezja, tak sie wtedy mówiło, tak się wtedy pisało... ale czemu WSPÓŁCZEŚNIE ktoś zmusza mnie do czytania tej cegły?
Nie uwierzycie, ale język był tak żywy, a opowieść tak wartka, że o mało nie przysnęłam na opisie ucieczki Rafała przed wilkami...

Koszmar... ;/

A teraz, kiedy mam wreszcie wakacje (tzn. teoretycznie, bo w pracy zapiernicz), mogę się poddać literackiemu detoksowi...

Myśliwski!!!!!!!! :)

niedziela, 7 września 2008

Pachnidło. Historia pewnego mordercy - Patrick Suskind


Przeczytałam...i się zawiodłam. O najlepszym, co jest w tej powieści, wiedziałam, zanim sięgnęłam po książkę. Jan Baptysta Grenouille ma niezwykły dar - najwrażliwszy nos na świecie. Potrafi wyczuć nawet najdelikatniejsza woń, zapachy, które dla zwykłego śmiertelnika są niezauważalne... jak woń człowieka. Nie potu, brudu, perfum, mydła... ale jego własny, niepowtarzalny zapach! Pięknie się zapowiada. Głęboko, filozoficznie... Ale potem z tej powieści robi się jakaś sensacyjno-kryminalna hisgtoryjka. Najpierw seria morderstw młodych dziewczyn, uwieńczona prawdziwą "perłą" - córką wysokiego dostojnika.
Natomiast im dalej, tym coraz bardziej surrealistycznie...najpierw zbiorowa orgia, zamiast egzekucji Grenouille, potem jego groteskowa śmierć w kręgu włóczęgów. Mi ten "bigos" nie przypadł do gustu...
Szkoda, bo pierwsze 20 stron było niesamowite... A opis tego, jak pachnie niemowlę rozmiękczył i zachwycił mnie ostatecznie.

I tu mam dylemat - tracić czas na film, skoro książka przypadła mi do gustu mniej niż srednio? kumpela stwierdziła, że to właśnie powieść Suskinda jest lepsza. Skoro tak, to chyba nie warto go oglądać.

sobota, 5 lipca 2008

"Pod Mocnym Aniołem" Jerzego Pilcha


Kolejna książka, którą dawno temu zaczęłam - i jakoś nie udało się skończyć. Ale od czego są leniwe sobotnie popołudnia ;)

"Pod Mocnym Aniołem" jest tekstem dziwnym. Ani to powieść, ani tym bardziej dziennik. Poszczególne opowieści przeplatają się ze sobą bez żadnych związków i nagle urywają. Jest mętnie, mglisto - i ten "pijacki" klimat udziela się także czytelnikowi. Aż kręci się w głowie od tych specyficznie zbudowanych opisów (mi zdarzyło się nawet raz zasnąć, jak to zwykle po spożyciu odpowiednich trunków ;).

Historia niby banalna - pewien pisarz trafia po raz kolejny na oddział deliryków. Wszystko do tej pory odbywało się według określonego rytmu : "wyleczony" (a raczej z podreperowanym organizmem) wracał z ośrodka na 12 piętro swojego bloku, gdzie po generalnym sprzątaniu mieszkania, ponownie wpadał w szpony nałogu. Tym razem miało być inaczej - miał swój problem rozwiązać ostatecznie... Pojawiła się jednak ona, dla której się zmienił i zaczął żyć na nowo.
Na całe szczęście to jedyny "cukierkowy" (pisze to w cudzysłowie, bo Pilch opisał go w wyważony sposób, bez nadmiernej egzaltacji czy patosu) element książki. I choć niejako spaja rozlatująca się hybrydyczną opowieść - nie jest najważniejszy. Istotniejsi są bohaterowie, w których cieniu chowa się narrator. Królowa Kentu, Szymon Sama Dobroć, Don Juan Ziobro, król cukru i wielu innych. Zwykli ludzie (nierzadko tzw. "sukcesu"), których skusił i zniewolił alkohol. Nikt ich nie usprawiedliwia ani nie oskarża. I dobrze - powieść tendencyjna już się dawno przeżyła ;)

Podczas czytania zastanawiałam się za co dostała Nike. Ja bym dała na pewno za zgrabną językową polifoniczność tekstu, fajnie zdemaskowane wątki autotematyczne (łącznie z motywem pisania dzienników uczuć za innych deliryków)... i kreację Boga - w złotym dresie i bajsballówce :)

Książka jednak nie wzbudziła we mnie jakiś wstrząsających doznań. I to chyba nie jest wina Pilcha, ale moja - stępiła mi się wrażliwość na krzywdę bliźniego...
Albo ... wcale nie miało być żadnego katharsis - tylko wydawnictwo umieściło te kilka magicznych wyrazów, żeby sprzedać więcej egzemplarzy? (kogo dziś obchodzi jakąś Nike :>)