Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MIGAWKI. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MIGAWKI. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 lutego 2013

Glan leczniczy


Gabinet dr N., specjalisty ortopedy. Najpierw powykręcał moją stopę we wszystkie możliwe strony. Potem siadł za biurkiem, i rzecze:
- No ładnie Pani skręciła tę kostkę, no ładnie...
- To, co Panie doktorze... gips?!
- Eeee, gips nie... Ma Pani jakieś mocne, sznurowane buty? Żeby trzymały tę kostkę?
- Mam Panie doktorze, glany mam.
- Oooo prooooszę. Dobre buty i będzie Pani super wyglądać!. No to ma Pani je nosić. Trzy tygodnie non stop! I będzie dobrze!

:))))))

Wpis dedykuję moim glanom, którym stuknęło jakieś 7 lat... I Filipowi, dzięki któremu je wykopałam z czeluści szafy ;)

sobota, 21 stycznia 2012

Jagodzianka na kościach

A. miał w piątek naprawdę dobry humor. A jak A. ma naprawdę dobry humor, to gazeta idzie nam jak po maśle. Bez nerwów, stresów w redakcji, że nie zdążymy do deadline'u. I jest jeszcze chwila na opowieści! Na przykład z czasów młodości A., kiedy to jeszcze pracował w PAP.

***
Koledzy z PAP jadą na temat - jakaś konferencja czy ważna narada, już nie pamiętam dobrze. Akcja dzieje się gdzieś w górskich rejonach na Podkarpaciu. Jadą, jadą... i oczywiście błądzą. Trafiają do jakiejś wsi. - Zapytajmy się kogoś, może nas skieruje. Tak to nigdy nie trafimy - mówi jeden z nich.
Podjeżdżają do domu, jakiś harmider w środku. Muzyka, wesołe okrzyki, śmiechy.... Wesele!
Jeden z kolegów wchodzi do środka, kłania się w pas przeprasza, że przeszkadza, niemal, że żyje... ale niech no ktoś wskaże drogę, pokieruję na tę nieszczęsną konferencję. 
A gospodarze ciągną i kolegę, i tego drugiego dziennikarza - No chodźcie, napijcie się z nami! Za zdrowie młodej pary! No raz, raz! A potem się pomyśli o tej waszej konferencji.
Dziennikarze się tłumaczą, że nie piją w pracy, że konferencja ważna - no nie da rady. Po kilku minutach namawiania gospodarze odpuszczają, kierują dziennikarzy w dobrą stronę i wracają do biesiady.
Koledzy A. z uczuciem ulgi, jadą na konferencje.

Kiedy A. usłyszał wtedy tę opowieść, to złapał się za głowę. Mówi - Koledzy, odkąd wy tacy abstynenci? Myślałby kto! 
A oni... - Drogi kolego redaktorze... Pierwszy raz widziałem wesele, w którym do picia to był tylko denaturat! Nawet nie wiem czy chleb był na stole, żeby przecedzić...



:)

sobota, 30 lipca 2011

Dolbi-serałd na działce :)

Historia "sprzedana" mi przez KS, która jak nikt, ma talent do opowiadania anegdotek ;)

***
Leniwe popołudnie na działce rodziny KS. Cisza, spokój - taka błogość, że się człowiekowi nawet nie chce wstać i zrobić herbaty. Nic tylko siedzieć w leżaczku i rozkoszować się pogodą. Aż tu nagle jakiś harmider. Sąsiad z działki obok* na czterech drzewkach, które tworzą kąty prostokąta, zaczyna namiętnie przybijać gwoździe. Jeden, drugi, trzeci,...czwarty.
Dziadkowi KS już podnosi się ciśnienie - reszcie rodziny z resztą też. W końcu nie po to się ma działkę, żeby słuchać jakiś hałasów.
Po kilku minutach na każdym drzewku zostaje zawieszony głośnik. Jeden, drugi, trzeci.... i czwarty.
- No ja im dam jakieś młócenie puszczać! Techno albo inne takie - nie wytrzymuje dziadek.
Muzyka jeszcze jednak nie leci - nie ma więc za co de facto opieprzyć. Wszyscy czekają. Sąsiad naciska w końcu power... i z głośników zaczyna lecieć muzyka relaksacyjna.
- No ja mu dam! Ptaki, z taśmy puszczać?! - oburza się dziadek, bo co prawda cichsze to niż techno... ale za to bardziej bezbożne - mało to ich w lesie obok?!
Interwencja przyniosła skutek. Sąsiad zmienił taśmę na... beczenie owiec. Ich w lesie przecież nie ma :)


* - dla tych, którzy ogarniają konflikt Śląsk-Zagłębie, dodam istotny fakt - sąsiedzi są z Sosnowca :> Wszystko jasne, prawda? :)

sobota, 25 czerwca 2011

Malowanie portretu jest jak wizyta u psychologa*


Najpierw kilka szybkich pociągnięć pastelą w kolorze zgaszonego różu. To zarys głowy i szyi modela. Teraz w ruch idą inne odcienie oddające barwę ludzkiej skóry. Kilka kresek na papierze rozcieranych szybko opuszkami palców. Barbara Kaczmarowska-Hamilton jest zupełnie pochłonięta pracą. Jeszcze kilka minut i na papierze zaczyna pojawiać się detale twarzy siedzącego obok mężczyzny.
________________
© Paulina KORBUT (tekst i zdjęcia)


- Mężczyzn maluje się dużo szybciej i łatwiej niż kobiety. Mają ostre rysy i zdecydowany wyraz twarzy. Najwięcej czasu trzeba  poświęcić pięknym kobietom, bo ich uroda czai się gdzieś w zakamarkach, trudnym do uchwycenia grymasie. Potrzeba więcej uwagi i koncentracji, żeby to wydobyć i podkreślić - mówi malarka.

Portret papieża jak mały cud

Jan Paweł II, Królowa Matka, księżniczka Anna, książę Kentu - lista osób, które pozowały Barbarze Hamilton jest niemal niepoliczalna. Tak jak wspomnienia, z nimi związane.
Polskiego papieża malowała aż trzykrotnie - jednak z największymi emocjami wspomina pierwszy portret.
- Obraz powstawał w czasie prywatnej audiencji w Watykanie, kiedy papież się modlił. Ja stałam obok za sztalugą. Miałam dużo mniej czasu, niż zwykle, zdążyłam więc zrobić tylko szkic - wspomina malarka - Do tej pory jednak mam wrażenie, że ten portret to taki mały cud. Przez cały czas czułam, jakby papież prowadził moją rękę. Próbowałam później zrobić kilkakrotnie kopię tego obrazu i nigdy mi nie wyszła.
Stolicę apostolską odwiedzała jeszcze kilkakrotnie. Uczestniczyła w audiencjach, a nawet w prywatnej mszy św. w  kaplicy przy apartamentach papieskich. Za każdym razem Ojciec Święty wręczał jej różaniec w białym pudelku. Podczas jednej z audiencji malarka pokazała Janowi Pawłowi II fotografię namalowanego przez siebie  portretu Królowej Matki. Papieżowi bardzo się obraz spodobał – pogłaskał ją wtedy po policzku i powiedział, ze błogosławi jej pracę, rodzinę oraz przyjaciół.

„Oni nigdy nie robią tego, co chcemy”
Królową Matkę poznała na sierpniowym przyjęciu w zamku Mey  w Caithness.  Siostra męża Barbary Hamilton mieszka w sąsiedztwie  „Queen Mum”, więc  zawsze cała rodzina była zapraszana.
- W czasie przyjęcia  zauważyłam, że  przez dłuższą chwilę Królowa Matka stała sama, a inni rozmawiali w małych grupach. Mimo, że nie powinnam do niej podchodzić pierwsza, jak twierdził mój mąż, sądziłam, ze to lepiej złamać etykietę niż zostawić ją samą – wspomina.
W czasie rozmowy Królowa powiedziała malarce, że jest wielką wielbicielką Polski. Bardzo lubiła  spotkania z polskimi żołnierzami, ceniła ich za odwagę. Znała osobiście generała Sikorskiego – miała z nim wiele zdjęć z okresu wojny. A figurka  Maryi, którą podarował jej niegdyś polski żołnierz, stała zawsze przy jej łóżku.
- To był czas Solidarności. Królowa złożyła w czasie naszej rozmowy  ręce w takim modlitewnym geście i powiedziała dobitnie: „Modlę się za Polskę” - dodaje Barbara.
Gdy po pewnym czasie Muzeum Sikorskiego wystąpiło z prośbą o portret Królowej Matki, ta zgodziła się bardzo chętnie. Barbara postanowiła sportretować ją w błękitnym kostiumie i pięknym kapeluszu. Jednak prawdziwą ozdobą portretu okazały się niebieskie oczy Elżbiety, od których widz wręcz nie może oderwać wzroku.
-W czasie pozowania  Królowa była niezwykle dowcipna i ten błysk humoru widać właśnie w jej oczach - dodaje Barbara.
Dużo tez rozmawiały w trakcie obu sesji. I nie była to bynajmniej tylko wymiana grzeczności.
- Na drugim spotkaniu pojawiłam się bardzo zdenerwowana, bo mój mąż zawiózł mnie niemal na ostatnią chwilę. Choć prosiłam go, żebyśmy wyjechali wcześniej. Przez całą drogę martwiłam się, że się spóźnimy - wspomina.
Barbara pojawiła się punktualnie, jednak nie potrafiła ukryć zdenerwowania. Zamiast więc zacząć malować, spojrzała na królową i spytała bez zażenowania o to, czy jej mąż, król Jerzy IV, zawsze robił to, o co go poprosiła.
- Rozbawiło ją to bardzo. Powiedziała jednak szczerze: „Nie... mężowie nigdy nie robią tego, o co ich prosimy” - cytuje Barbara.
Po półtorej godziny malowania, kiedy portret był prawie skończony, Królowa musiała się pożegnać. Była umówiona  na lunch ze swoją przyjaciółką w jednej z restauracji w Chelsea - londyńskiej dzielnicy, gdzie lubią jadać zwykli Brytyjczycy.
- To było nadzwyczajne. Królowa miała wtedy prawie sto lat, mimo to była niezwykle energiczna i zachowywała się prawie zupełnie jak młoda  kobieta. Miała też świetną pamięć. Pokazałam jej fotografię z  Muzeum Sikorskiego, gdzie widniała otoczona polskimi żołnierzami. „To zdjęcie było zrobione w Forfar” powiedziała oglądając ją bez okularów! – dodaje. 

Kate Middleton bez uśmiechu?
Barbarę okrzyknięto już w mediach nadworną portrecistką rodziny królewskiej i sporo w tym prawdy. Malowała już niemal wszystkich. Z rozbawieniem wspomina szczególnie pracę z księżniczką Anną.
- Gdy weszłam do pokoju w Buckingham Palace, w którym miałam pracować, zauważyłam, że  był cały wyścielony białym płótnem. Stałam w osłupieniu, bo przecież pastele praktycznie nie brudzą. Troszkę pyłku może z nich spadnie, ale to wszystko - mówi z uśmiechem.
Dopiero po czasie zorientowała się, że ogromne okno w tym pokoju to wyjście na balkon. Ten, na którym niegdyś książę Karol całował po ceremonii ślubnej Dianę. W tym samym miejscu pod koniec kwietnia tego roku pojawili się też świeżo zaślubieni Kate Middleton i książe William. 
- Wszyscy mnie teraz pytają czy będę malować Kate. Jeszcze mnie o to nie poproszono, ale mam nadzieje ze będzie  okazja. Zastanawiam się tylko, jak taki portret będzie wyglądał. Będzie musiała być na nim poważna, a na wszystkich zdjęciach w prasie jest uśmiechnięta - zastanawia się portrecistka.

Jak u psychologa
Choć Barbara Hamilton jest autorką kilkuset portretów, za każdym razem ma niewielką tremę. Szczególnie wtedy, kiedy zaczyna malować i obraz nie wychodzi po jej myśli.
- Żeby namalować dobry portret, trzeba się pozbyć negatywnych emocji. Być jak tygrys gotowy do skoku - mówi z uśmiechem.
Najlepiej tworzy się jej też, gdy jest lekko głodna, a w pokoju jest chłód. Często jednak atmosfera bynajmniej nie sprzyja intensywnej pracy. Wielu z jej modeli, zamiast pozować w ciszy, lubi rozmawiać, a nawet się zwierzać.
- Tak, jak u  psychologa. To bardzo intymne spotkania. Każdy jest wobec mnie szczery, odpowiada na moje pytania, bo wie, że nie wykorzystam później tej wiedzy. Ja jak pytam, to dla samej przyjemności rozmowy i zainteresowania ludzkimi losami. Często słyszę od nich: „Sam nawet nie wiem czemu Ci to mówię” - dodaje.
Dla wielu więc dwie półtorej godzinne sesje, w czasie których zwykle powstaje obraz, nie wystarczają.
- Kiedyś jeden z moich modeli mnie rozbawił, bo po skończonej pracy spytał, kiedy może przyjść znowu. Tak mu się przyjemnie było  w mojej pracowni - śmieje się. 

Wałęsa był niecierpliwy
W Anglii czas się zatrzymał pod wieloma względami. Tradycyjnych wyspiarzy nie urzeka tak nowoczesna fotografia, na swojej ścianie wolą powiesić obraz. Dlatego też nawet w mieszczańskich domach ściany uginają się od portretów.
- Nie oznacza to jednak, że nie jestem zaprasza do Polski. Chętniej tutaj przyjeżdżam, żeby odwiedzić w Brzesku  moją 97-letnią ciocię. To moja najbliższa rodzina. Moi rodzice już nie żyją - mówi.
W Polsce malowała rodzinę Bachledę-Curuś, Tadeusza de Virion, Beatę Tyszkiewicz, Leszka Kołakowskiego czy Lecha Wałęsę.
- Jak pozował Wałęsa? Nie był najlepszym  modelem, cały czas żartował, rozmawiał przez telefon - mówi z rozbawieniem.
Teraz przy okazji swoich wizyt w Polsce Barbara Hamilton  promuje malowanie portretów matek przez dzieci. Ta inicjatywa okazała się strzałem w dziesiątkę podczas warsztatów prowadzanych przez nią w Queens College  w Londynie i w Nassau na Bahamach. Dzięki Alicji Kotlickiej, kuzynce malarki, udało się też zorganizować polską edycję konkursu w Tczewie, która zakończyła się pełnym sukcesem – zgłoszono do niej ok. 90 prac. Teraz podobna inicjatywa ruszy w małopolskim Brzesku.
- Obraz namalowany przez dziecko to bezcenna pamiątka w rodzinie. Nawet jak jest zupełnie nieudany - podkreśla artystka - Dlatego tak mocno popieram tę akcję. Dzieci teraz tylko przesiadują przed komputerem i telewizorem. Trzeba obudzić w nich talent, zachęcić ich do tworzenia.

---------------------
* Dłuższa wersja artykułu, który ukazał się w papierowym wydaniu Gazety Krakowskiej. Niestety, reklamy są w gazetach najważniejsze....

wtorek, 26 października 2010

Trzy białe śmierci

Muszę przyznać, że z każdymi odwiedzinami lubię rodzinę K. coraz bardziej. A pomyśleć, że przy pierwszej prezentacji "mej skromnej osoby" (że też zastosuję średniowieczną retorykę umniejszania się ;) chciałam uciekać na piechotę do Krakowa. Co z tego, że jest oddalony o dobre 40 km  :).

Coś czuję, że niedługo powstanie tu osobna kategoria na teksty taty K. Tymczasem na dobry początek cyklu jedna "migawka".

Niedziela. Siedzimy wszyscy przy wspólnym stole w salonie. K. woła za wychodzącą do kuchni siostrą o sól. Słyszy to wchodzący tata. Kładzie na blacie talerz z chudym mięsem i warzywkami, siada, a potem zdecydowany mówi.
- Wiecie, że śmierć ma biały kolor?
Cisza, oprócz wymownych uśmiechów K. i jego siostry.
- Więcej powiem - są trzy białe śmierci. I na dodatek wszystkie mamy przy tym stole! - tu tata robi pauzę, czeka na efekt grozy, albo co najmniej małego trzęsienia ziemi.Nic takiego nie następuje, więc mówi dalej - Wszystkie mamy tutaj: cukier, sól... i służbę zdrowia! - kończy, spoglądając z uśmiechem triumfu na swoja żonę i córkę.


:)

wtorek, 3 sierpnia 2010

Mężczyźnie gotować nie warto.

Znowu migawka, ale że tak powiem, cel jest wzniosły. Chodzi bowiem o przestrogę.

Piątkowy wieczór, kuchnia w mieszkaniu K. Dzisiaj moja kolej na gotowanie kolacji, więc wymyśliłam spaghetti. Proste, szybkie i dobre. Trzydzieści minut później sterta zakupów wypakowanych na stół zamienia się w dwie miseczki makaronu ze "stuningowanym" sosem bolognese (czosnek, zioła i ser :). Kładę je przez K. Bierze widelec, próbuje... i leci do kuchni. Po chwili wraca ze śmietaną i serem Bleu. Na szczycie jego porcji lądują trzy łyżki śmietany, a na około tego - kawałki bleu. Próbuje. Podchodzi do mnie, całuje w policzek.
- Kochanie, pyszne! - mówi.

I dlatego drogie Panie, mężczyźnie gotować nie warto.

czwartek, 1 lipca 2010

Mężczyźni są jak MPK

Kraków o czwartej nad ranem jest wspaniały. Wszędzie jest cicho, słychać tylko ptaki. Idzie się powoli ulicą, czuje każdą nierówność chodnika pod obcasem. W głowie jeszcze szumi alkohol i muzyka. Ludzie, których się mija, przypominają jakieś senne mary. Nierzeczywiste, blade, potargane - chociaż tyle, że się uśmiechają.
Ba, czasem nawet się odezwą.

Siedzę na przystanku. Ostatni nocny autobus uciekł mi 5 minut wcześniej, pozostaje więc czekanie na pierwszy dzienny. Więc czekam, co robić - w butach, które mam na sobie, nie zrobię już ani kroku dalej. Nagle dzwoni telefon. J. - chce mnie ratować i przyjechać samochodem. Mówię, że nie, że poczekam - bo w sumie fajnie się czeka. Najwyraźniej mało skutecznie, bo J. mówi zdecydowane "Przyjadę" i się rozłącza.

- Kogo pocieszałaś?

Odwracam głowę w prawo. Na ławce obok siedzi jakiś chłopak. Typ zdezelowanego filozofa. Potargane ciemne włosy, broda, okulary w grubych oprawkach, brązowa marynarka, wymięta koszula. Między wąsami coś błyska. Aparat na zębach.

- Nikogo nie pocieszałam. Rozmawiałam tylko - odpowiadam kompletnie zaskoczona
- Aaaa... z mężczyzną. Widzisz, z mężczyznami jest tak, jak z MPK...

Patrzę na przystankowego myśliciela z jeszcze większym zaskoczeniem. Zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, sam się odezwał.

- No tak, tak. Jak z MPK, bo też są tak zawodni.

Chciałam coś powiedzieć, nie zdążyłam. W tym momencie podjechał J. Filozof popatrzył z wyrzutem. Drzwi się zamknęły, J. nacisnął pedał gazu.

niedziela, 20 czerwca 2010

O grochu i kręglach :)

Mądrości J. ciąg dalszy - bo trzeba je zachować dla potomności :)

Występują: ja, M. i J.
Miejsce: parking na jednym z krakowskich osiedli
Czas: środek nocy.

Jak to zawsze bywa, najwięcej tematów do rozmowy znajduje się wtedy, gdy trzeba się żegnać. No to stoimy, gadamy. Nic się nie dzieje ;)
I nagle...
- Słyszeliście, jak szumi? Będzie burza? - mówię.
- E, nie... to tylko wiatr - odpowiada J.
A że nie mamy angielskim temperamentów, w tym momencie rozmowa się urywa. Przecież o pogodzie gadać nie będziemy. Tym bardziej, że w środku nocy zakrawa to na perwersję.
- Ej, a wiecie, co się mówi, jak wiatr wieje? - pyta J.
Tradycyjnie patrzę na M. A M. na mnie.
- Nie... - i też tradycyjnie, równocześnie odpowiadamy z M.
- Że Pan Bóg się najadł grochówki i teraz pier...znaczy się, puszcza wiatr - odpowiada z rozbrajającym uśmiechem J.
Patrzę na M. M. na mnie. Wybuchamy śmiechem.
- A wiece co się mówi, jak jest burza? - pyta J.
Śmiech się urywa. Przeczuwam coś złego. Coś bardzo złego.
- Że... aniołki grają w kręgle - odpowiada zadowolony z siebie J.
--------

Jak dalej tak pójdzie, to będę musiała zrobić dla J. osobną kategorię na tym blogu ;)

sobota, 12 czerwca 2010

Imię uniwersalne

Idziemy z J. i M. jedną z alejek w Parku Jordana. Mijamy któreś tam z najzwyklejszy drzew. Ja na nie nie patrzę, M. też nie. Jak się okazuje, błędnie.
-O! - mówi J. - to tutaj zrobiłem zdjęcia tej fajnej wiewiórce.
Kiwamy ze zrozumieniem.
- A wiecie, że jest jedno kobiece imię, na które reagują wszystkie zwierzęta? A wiewiórki w szczególności?
To już mnie zaintrygowało. Patrzę na M.
M. też się zainteresował.
- Jakie? - pytamy niemal równocześnie.
- Basia. Baaasiaaaaaaa - mówi zadowolony J.

-----------------------

Testowałam "Basię" na swoim psie, choć wabi się "Tina". W sumie działa. Tyle, że ona, już bidusia, jest staruszka - i trochę przygłuchła przez te długie lata ;)

poniedziałek, 21 września 2009

wtorek, 8 września 2009

Polacy po hiszpańsku :)



Dzięki dobrodziejstwu unijnych programów miałam okazję spędzić w Hiszpanii kilka dni. I to praktycznie za pół darmo ;)
Jak znajdę trochę czasu, to najładniejsze zdjęcia wylądują na fotoblogu.

Teraz jednak, chciałam wspomnieć o kilku zabawnych wnioskach, jakie wyłuskałam z rozmów z grupą przesympatycznych Hiszpanów - Pablem, Santiago i Dawidem.


Jak nas widzą inni?

Po pierwsze - Polska jest bardzo zimna. Na domiar tego, temperatura odbija się na naszym charakterze. Bo o dziwo, nie chcemy z nikim rozmawiać czekając na autobus czy przechadzając się po sklepie. W Hiszpanii jeśli dwie osoby rozmawiają, śmieją się i przytulają co chwilę, wcale nie muszą być przyjaciółmi. Mogli się poznać parę minut wcześniej ;)
Czyli po prostu Polacy to gbury i mruki :>

Po drugie - Nie ma w Hiszpanii takiego imienia, jak Paulina ;) Dlatego mnie kojarzyli tylko z jakąś meksykańską piosenkarką, Pauliną Rubio.

Po trzecie - "Żubrówka", nawet rozcieńczona z sokiem jabłkowym i cynamonem, jest dla Hiszpana nie do przełknięcia. Krztuszą się, poklepują po mostku ... Delikatni są na alkohol jak nie wiem co ;) Ale z kolei ja, za tradycyjnie przyrządzoną sangrię dałabym się pokroić!

Po czwartek - Dlaczego Polacy są tacy zestresowani? Po co im ten pośpiech? Przecież wszystko można zrobić wolniej albo jutro. A na umówione spotkanie nie ma co przychodzić punktualnie. Wieczne"Manana, manana" :)


wtorek, 21 lipca 2009

Siła marzeń

Znowu "migawka", bo nie mam kompletnie czasu nic czytać. Tak to jest z pracą o nienormowanym czasie i kompletnym brakiem samoorganizacji.
Ale do rzeczy, strzępek rozmowy z dzisiaj.

***

R.S. to człowiek, który w życiu widział na prawdę bardzo dużo. Skończył trzy kierunki studiów w czasach, kiedy ludzie bardziej pchali się do hut i kopalń, niż do książek. Potem kilka lat za granicą. Wrócił jednak do kraju i postanowił spełnić swoje marzenia - założyć stadninę koni i wygrywać najważniejsze wyścigi.

"Opowiem coś Pani. Kiedy byłem w Ameryce, to spotkałem tam pewnego Żyda. Jak tylko dowiedział się, że wychowałem się w Krakowie, to zapłacił mojemu szefowi moją całą dniówkę i wziął mnie na obiad. Cały czas wspominał Polskę, pytał o dawne miejsca, ulice. Byłem jego oczami, dzięki którym oglądał to zmienione miasto.
Potem spytał, co chcę robić w życiu. Odpowiedziałem: "Dorobić się i wrócić do kraju". Spytał ile zarabiam. Odpowiedziałem. A on: "Iiii... tak to będziesz pracował 20 lat.A powiedz mi, jakbyś miał pomysł na biznes, to skąd byś brał pieniądze?". To ja zacząłem wymieniać : "Zarobiłbym, zaoszczędził, rodzice by coś sprzedali, kredyt, zacząłbym pracować u Ciebie".
On mówi: "no, a jeszcze?". "No nie wiem, ukradł bym, pożyczył" - już mi się kończyły pomysły.
A Żyd na to: "Sam zobacz ile wymieniłeś źródeł, skąd można zdobyć pieniądze. Widzisz, to nie jest żaden problem. Najważniejsze to mieć pomysł. Ile jest ludzi, którzy mają masę pieniędzy i je tracą, bo nie wiedzą co z nimi zrobić?"
Zawsze opowiadałem tę historię swoim studentom, żeby podnieść ich trochę duchu. Ameryka nauczyła mnie jednego - trzeba mieć marzenia i o nie walczyć. To jest najważniejsze"

czwartek, 16 lipca 2009

Laik, a zna się na fotografii ;)

P.O. ma pięć, może sześć lat więcej niż ja. Zdjęcia robi tylko od czasu do czasu - głównie dla siebie, choć czasem zdarzy się, że wydrukuje mu je pewna codzienna gazeta. Ale po godzinie rozmowy z nim stwierdzam, że wie o fotografii więcej, niż nie jeden "ważny" "fotograf", których od czasu, kiedy staniały lustrzanki cyfrowe, namnożyło się bardzo dużo...

Kilka prawd P., które warto zapamiętać.

1.
P. - Pierwsza i najważniejsza zasada - nigdy nie używaj przesłony większej niż 5.6. Wtedy wychodzą najciekawsze zdjęcia. Nie wszystko musi być ostre. Nawet lepiej, jak nie jest

2.
P. - Nie musisz mieć pomysłu na zdjęcie. To naturalne. Dlatego warto podglądać, jak robią to inni. Przeglądaj gazety, zdjęcia na stronach internetowych. Robisz tak?
ja: - No tak, fototoki, digarty i takie tam...
P.- Nie, nie o to chodzi. Oglądaj mistrzów. Ludzi, którzy naprawdę potrafią robić zdjęcia (i tu wstukał stronę Magnuma). A nie kogoś, kto myśli, że robi dobre zdjęcia, bo nie o to nam chodzi, no nie? (i tu jeden z tych ironiczno-dziennikarskich uśmiechów, których P. ma całą paletę ;)

3.
ja: - Bo ja to w sumie dobre zdjęcia robię tylko znajomym, przy okazji jakiś wypraw albo spacerów. Mam czas przemyśleć, jakoś się "rozkręcic". Fotografia stricte do tekstu bardzo mnie onieśmiela.
p. - No, ale nie masz się czego bać. Pamiętaj, że to ty musisz być tą spokojniejszą stroną. Osoby, które są po drugiej stronie, denerwują sie jeszcze bardziej. Przykucnij, albo zró zdjęcie od góry. Niech nie będzie takie straszne, jak w naszych tygodnikach. Na wprost i niemiłosiernie nudne.

4. Aha - najgorsza praca dla fotografa? Jak się okazuje nie robienie fotek na ślubach, komuniach itp.... ale fotoedycja tygodników lokalnych. Jak mówi P., nienawidzą tego najbardziej w świecie.

No...To dopiero motywacja, żeby starać się nawet przy robieniu zdjęć rozkopanych chodników. Nie chcę, żeby nad moim nazwiskiem leciały soczyste bluzgi jakiegoś fotoedytora ;)

Zaczynam od jutra!

środa, 15 lipca 2009

O bocianach ;)

Urywek rozmowy z Pewnym Poważnym Dyrektorem Pewnej Poważnej Instytucji. Czego to się człowiek nie dowie, kiedy idzie robić wywiad ;)

P.P.D.P.P.I - O, a Panią to widzę bocian niósł tak samo, jak mnie.

(Pani, tzn. ja, głupieje. W końcu P.P.D.P.P.I ma na oko jakieś 50 lat)

P.P.D.P.P.I: - No, bo niósł Panią za te dziurki w policzkach. Ja też mam takie, o tu.



:)

poniedziałek, 6 lipca 2009

Maladie i Gould


T. od jakiegoś czasu "zbiera" osobistości, które poraziła niewidzialna siła maladie. Szaleńcy, geniusze, dziwacy. Ludzie, którzy zatracili się w swojej pasji do tego stopnia, że przestali pasować do rzeczywistości.
Wiele z tych ludzi to dla T. idole. Zaraża mnie nimi coraz bardziej.

Pierwszy z nich to Glenn Gould. Ekscentryczny pianista, który na stałe wpisał się w poczet muzycznych geniuszy. Przy fortepianie siedział tylko na krzesełku, które w dzieciństwie zrobił dla niego ojciec. Stąd bardzo specyficzny sposób grania. Hipochondryk, nie lubił dotyku innych osób, a z czasem nawet bezpośrednich rozmów.

Ale jego interpretacja "Wariacji Goldbergowskich" poraża. Nie znam się na muzyce, wiem jednak co czuję, kiedy tego słucham. Radość i jednoczesny spokój, które wypełniają taką przyjemną falą ciepła

http://www.youtube.com/watch?v=g7LWANJFHEs


"Idealna muzyka na taką porę" powiedział T. o 4 rano z hakiem.

Otóż nie tylko. Idealna na każdą porę. Chyba zacznę swoje depresyjno-maniakalne stany leczyć muzyką klasyczną, bo potrafi koić jak... ciepło drugiej osoby.

sobota, 27 czerwca 2009

[*] M.J.

Kiedy zaczyna się powoli wkraczać w dorosłość, z dzieciństwa nie zostaje wiele. Jakieś szczątki marzeń, przyjaciele z osiedlowego podwórka, znielubione potrawy (wątróbka ... bleee :).
Są jednak chwile, kiedy uświadamiam sobie, że tkwi we mnie coś więcej.

Piątek rano, moja kuchnia. Wchodzę nieprzytomna po wielogodzinnym nocnym wkuwaniu, żeby zrobić sobie kawę. Jeszcze 3 godziny i trzeba jechać na Wydział. Włączam radio, akurat równa godzina - serwis informacyjny. Kiedy dziennikarz kończy czytać pierwsza zdanie pierwszego newsa, ja zamieram. Umarł Jackson, pół mojego dzieciństwa.

Od komunii mieliłam co jakiś czas kasety z jego piosenkami. Z wypiekami oglądałam teledyski w TV, bo były fenomenalne. I dalej tak uważam - podobnie jak każdy szanujący się dziennikarz muzyczny. Clipy Michela wyprzedzały swój czas o całą epokę.

Mam gdzieś to, co zrobił ze swoją twarzą. Mam gdzieś te pedofilskie doniesienia.
Jackson stworzył świetną muzykę, która porusza mnie dalej. Co z tego, że pop - jak w iście królewskim wydaniu!!!

Uwielbiam i będę uwielbiać do końca świata. Za takie piosenki jak "Heal the World", "Wanna Be Startin' Somethin'", "Earth Song", "They Don't Care About Us", "Billie Jean", "Come Together", "Beat It"... i wiele innych.


piątek, 12 czerwca 2009

Klątwa

Bo jak się ma już sporo alkoholu we krwi, to można się dowiedzieć wiele o drugim człowieku.
Okruch z jednej imprezy.
Kawałek rozmowy z A.

- Nie wierzę w szczęśliwą miłość. Mi na pewno się coś takiego nie przytrafi.
- Dlaczego? - pytam.
- Bo nad moją rodziną wisi klątwa.
- Co ????
- Na prawdę. Moja babcia ma siostrę, której odbiła dawno temu męża. Wtedy ta siostra podobno przeklęła jej potomstwo do któregoś tam pokolenia, żeby nie miało szczęścia w miłości. I jak dotąd się sprawdza. W mojej rodzinie jest pełno rozwodów, zdarzają się nawet samobójstwa... Moi rodzice są do tej pory normalnym małżeństwem, ale widzę, że nie są szczęśliwi...

***

czwartek, 11 czerwca 2009

Paulina - tajemnica krwi

Muszę się przyznać, że już od dawna klasyfikuję ludzi wg. imion. Bo zbyt wiele miałam sytuacji, kiedy nosiciele danego imienia byli do siebie tak podobni...
Za to w horoskopy nie wierzę wcale :)

Poniżej parę słów o Paulinie... aż się przeraziłam, jak wiele jest w tym prawdy o mnie.

--------------

Osobowość: Tajemnica krwi
Charakter: 90 %
Promieniowanie: 88 %
Rezonans: 103 000 drgań/sek.
Kolor: Czerwony
Główne cechy: Intelekt-Zdolność reakcji-Pobudli­wość- Dynamizm
Totem roślinny: Truskawka
Totem zwierzęcy: Łabędź
Znak: Lew
TYP: Nerwowe choleryczki, bardzo pobudliwe. Łat­wo tracą zimną krew. Są wyniosłe i sprawiają wrażenie osób " w pretensjach ". W prawdzie - niczym ich totem - łabędź - wydają się dumne i pogardliwe, ale w rzeczywistości są niespokojne i niepewne.
PSYCHIKA: Są inteligentne, wiedzą o tym i dają to odczuć innym. Mają wyraźną skłonność do odnosze­nia wszystkiego do siebie, są subiektywne. Ogólnie biorąc, mają raczej trudny charakter, ale są pełne życia.
WOLA: Raczej dobra, ale nie starcza jej, by doprowa­dzić rzecz do końca. Wówczas przybierają pozę obra­żonej damy i wycofują się z działania ze znudzoną miną.
POBUDLIWOŚĆ: Zbyt duża, by zostawić im czas na refleksję. Zgryźliwe albo raniące uwagi padają wów­czas z tych uroczych usteczek.
ZDOLNOŚĆ REAKCJI: Ich wybuchy gniewu zbijają z tropu i szokują, gdyż ich mniej czy bardziej uświado­mionym celem jest ranienie i niszczenie.
AKTYWNOŚĆ: Dość słaba, ale ich dynamizm jest tak duży, że sprawiają wrażenie osób niezastąpionych. Brak im wytrwałości, nieraz chwytają dwie sroki za ogon. Są doskonałymi dziennikarkami, pracownicami reklamy, działaczkami.
INTUICJA: Całkiem zagłuszona przez intelektualny aspekt ich osobowości.
INTELIGENCJA: Uważają się za nadzwyczaj inteli­gentne, a innych mają za kretynów. Chociaż w życiu spotyka je wiele porażek, nigdy nie wątpią w siebie i zawsze są z siebie bardzo zadowolone.
UCZUCIOWOŚĆ: Bardzo nerwowa, impulsywna i co tu ukrywać - egoistyczna. Ślepo ufają swej inteli­gencji, która nie zawsze jest tak wielka, jak to sobie wyobrażają.
MORALNOŚĆ: Zależy od okoliczności i wydarzeń. Należy wpoić im za młodu silne zasady moralne, aby przeciwdziałać skłonności do panowania nad otocze­niem. Doskonale znoszą porażki, zwalając winę na innych.
ZDROWIE: Chwiejne, zbyt podlegające psychice. Wrażliwy system nerwowy. Łatwo się męczą. Potrze­bują dużo wypoczynku i snu.
ZMYSŁOWOŚĆ: Katarzyny żyją w masce obojętności i pogardy, trudno jest im ją porzucić. Stąd wiele nieporozumień, nieraz bolesnych. Przyszłego partnera tak idealizują, że spotkanie go kiedykolwiek jest mało prawdopodobne.
DYNAMIZM: Graniczy z agresywnością. Te kobiety potrzebują do życia sukcesów.
TOWARZYSKOŚĆ: Lubią otaczać się ludźmi, łącząc przyjemne z pożytecznym. Ich salon nieraz stanowi przedłużenie biura.
PODSUMOWANIE: Te kobiety a zwłaszcza dziewczęta powinny zastanowić się nad symbo­lizmem łabędzia, którego niezaprzeczalne piękno i wdzięk kryją oschłość serca i brak zrozumienia dla innych, z którymi to cechami zawsze można podjąć walkę.

źródło: http://www.imiennik.pl/index.php?ids=1,212

niedziela, 16 listopada 2008

Scenki autobusowo- tramwajowe :)

Od M. - tak genialnie, że trzeba to uwiecznić :)

SCENKA I
Z smsa od M.

"Do tramwaju wsiadł harcerski zastęp "wichry" i trzech zuchów - Hugon, lat chyba 6, Zbysio i Mieszko po 7. Słodkie to wszystko aż się lepi po prostu :-D
- Ale Zbysiu, pamiętaj, że prawdziwy harcerz zawsze kasuje bilet
- Ale ja jestem zuchem i jestem ponad to

:-D"


SCENKA II
Opowiedziana tez przez M. ;)

Autobus linii jakiejś tam. Jedzie w nim matka z dwoma synkami. Nagle większy się odzywa:
- Mamo! widziałaś? Po torach przejechał! Po torach! Jak on tak może? Widziałaś? - opowiada zaoferowany
W tym czasie autobus minął budowę, na co mniejsza pociecha z wyciągniętym palcem, krzyczy
- Dźwiiiiiiiiiiiig! dźwiiiiiiiiig!
- Mamo! Po torach przejechał! Jak on może? Po torach?!
- Dźwiiiiiiiig!!! dźwiiiiiiii...!

słodkie ! to są dopiero uroki macierzyństwa :)

niedziela, 29 czerwca 2008

Masz... to lepsze

Jadę sobie autobusem do centrum. Jest niemiłosiernie gorąco i duszno, a korki pozwalaja na poruszanie się z prędkością żółwia. Próbuje czytać - nie da się. Patrzec przez okno tez nie za bardzo - szyby zaparowały od tej duchoty. Nagle słyszę obok siebie rozmowę.

- A co Pani czyta wieczorami?
- Wieczorami? Wieczorami to sie najczęsciej uczę. A teraz czytam książki do pracy magisterskiej
- A jakie książki?
- Zagranicznych autorów...
- A jakich autorów?
- Różnych, bo ja studiuje filologie niemiecką... (pauza)...aaa... to znam. Czytałam kiedyś.

- A co Pani czyta?
(Zdębiałam, bo pytanie było do mnie. Pokazałam okładkę książki o Kapuścińskim.)

- Eeeee, to lepsze - i podaje mi malutka książkę oprawiona w gazetę. - To dobra książka, dla wszystkich, a szczególnie ludzi znudzonych życiem.

Zakonnik uśmiechnął się. Wzięłam do ręki, odchyliłał okładkę - "Proces" Kafki. Podziękowałam i stanęłam przy drzwiach, bo zaraz miałam wysiadać. Brat rozlokowywał sie ze swoimi tobołkami na jednym z siedzeń. Spojrzałam ostatni raz, żeby zapamiętac jego dobre, roześmiane oczy. I przekrzywioną na łysinie wełnianą czapeczkę.

Autobus zatrzymał się. Drzwi się otworzyły.