piątek, 12 czerwca 2009

Klątwa

Bo jak się ma już sporo alkoholu we krwi, to można się dowiedzieć wiele o drugim człowieku.
Okruch z jednej imprezy.
Kawałek rozmowy z A.

- Nie wierzę w szczęśliwą miłość. Mi na pewno się coś takiego nie przytrafi.
- Dlaczego? - pytam.
- Bo nad moją rodziną wisi klątwa.
- Co ????
- Na prawdę. Moja babcia ma siostrę, której odbiła dawno temu męża. Wtedy ta siostra podobno przeklęła jej potomstwo do któregoś tam pokolenia, żeby nie miało szczęścia w miłości. I jak dotąd się sprawdza. W mojej rodzinie jest pełno rozwodów, zdarzają się nawet samobójstwa... Moi rodzice są do tej pory normalnym małżeństwem, ale widzę, że nie są szczęśliwi...

***

czwartek, 11 czerwca 2009

"Once", reż. John Carney


Zanim obejrzałam, spytałam S. dwa razy:
- Czy to jest film o miłości?
- Nie... może trochę... tak, trochę.
- Dobra, jak tylko trochę, to wytrzymam


Właśnie obejrzałam. I zanim cokolwiek napiszę, cytat z mistrza:

"Film Once naładował mnie pozytywną energią na całą resztę roku"
Steven Spielberg

Mnie też, choć początkowo nic nie wskazywało, że tak będzie. Po pierwsze - wiecznie zachmurzona, ponura... Irlandia? (taki strzał, nie chce mi się sprawdzać ;). Po drugie - te parę deko "miłosci", na którą mam od pewnego czasu uczulenie. Po trzecie - banalna do bólu historia.

Co wychodzi, kiedy dołoży się do tego jeszcze "niedekonstruowalną" (Derrida by pewnie zaprzeczył :) atmosferę filmu i świetny soundtrack? Majstersztyk (żeby uniknąć większych słów, jakie się cisną pod palce ;)

W "Once" jest tyle ciepła, naturalności, prawdziwości. Bohaterowie nie są idealni ani piękni. Mówią niewyraźnie, niefotogenicznie wykrzywiają się przy śpiewaniu / ;))))
I właśnie dzięki temu, choć film opowiada najbardziej typowy "mit założycielski" zespołu, widz siedzi przed ekranem zauroczony.

Podziękowania należą się też reżyserowi. Mógł zakończyć film słodkim happy endem - np. Sceną, kiedy dwójka głównych bohaterów gra koncert przed olbrzymią publicznością. Światła powoli rozświetlają pogrążonych w mroku muzykow, twarze słuchaczy... - jakie po hollywoodzku czwytliwe, czyż nie?
I na całe szczęście tego nie zrobił.
Dzięki temu "Once" ma w sobie tyle uroku i intymności. A widz czuje się wyrożniony, że Glen i Marketa zechcieli mu o tym opowiedzieć. Podzielić kawałkiem czegoś autentycznego i ... pięknego.


p.s. Soundtrack z filmu po prostu POŻERAM.

Paulina - tajemnica krwi

Muszę się przyznać, że już od dawna klasyfikuję ludzi wg. imion. Bo zbyt wiele miałam sytuacji, kiedy nosiciele danego imienia byli do siebie tak podobni...
Za to w horoskopy nie wierzę wcale :)

Poniżej parę słów o Paulinie... aż się przeraziłam, jak wiele jest w tym prawdy o mnie.

--------------

Osobowość: Tajemnica krwi
Charakter: 90 %
Promieniowanie: 88 %
Rezonans: 103 000 drgań/sek.
Kolor: Czerwony
Główne cechy: Intelekt-Zdolność reakcji-Pobudli­wość- Dynamizm
Totem roślinny: Truskawka
Totem zwierzęcy: Łabędź
Znak: Lew
TYP: Nerwowe choleryczki, bardzo pobudliwe. Łat­wo tracą zimną krew. Są wyniosłe i sprawiają wrażenie osób " w pretensjach ". W prawdzie - niczym ich totem - łabędź - wydają się dumne i pogardliwe, ale w rzeczywistości są niespokojne i niepewne.
PSYCHIKA: Są inteligentne, wiedzą o tym i dają to odczuć innym. Mają wyraźną skłonność do odnosze­nia wszystkiego do siebie, są subiektywne. Ogólnie biorąc, mają raczej trudny charakter, ale są pełne życia.
WOLA: Raczej dobra, ale nie starcza jej, by doprowa­dzić rzecz do końca. Wówczas przybierają pozę obra­żonej damy i wycofują się z działania ze znudzoną miną.
POBUDLIWOŚĆ: Zbyt duża, by zostawić im czas na refleksję. Zgryźliwe albo raniące uwagi padają wów­czas z tych uroczych usteczek.
ZDOLNOŚĆ REAKCJI: Ich wybuchy gniewu zbijają z tropu i szokują, gdyż ich mniej czy bardziej uświado­mionym celem jest ranienie i niszczenie.
AKTYWNOŚĆ: Dość słaba, ale ich dynamizm jest tak duży, że sprawiają wrażenie osób niezastąpionych. Brak im wytrwałości, nieraz chwytają dwie sroki za ogon. Są doskonałymi dziennikarkami, pracownicami reklamy, działaczkami.
INTUICJA: Całkiem zagłuszona przez intelektualny aspekt ich osobowości.
INTELIGENCJA: Uważają się za nadzwyczaj inteli­gentne, a innych mają za kretynów. Chociaż w życiu spotyka je wiele porażek, nigdy nie wątpią w siebie i zawsze są z siebie bardzo zadowolone.
UCZUCIOWOŚĆ: Bardzo nerwowa, impulsywna i co tu ukrywać - egoistyczna. Ślepo ufają swej inteli­gencji, która nie zawsze jest tak wielka, jak to sobie wyobrażają.
MORALNOŚĆ: Zależy od okoliczności i wydarzeń. Należy wpoić im za młodu silne zasady moralne, aby przeciwdziałać skłonności do panowania nad otocze­niem. Doskonale znoszą porażki, zwalając winę na innych.
ZDROWIE: Chwiejne, zbyt podlegające psychice. Wrażliwy system nerwowy. Łatwo się męczą. Potrze­bują dużo wypoczynku i snu.
ZMYSŁOWOŚĆ: Katarzyny żyją w masce obojętności i pogardy, trudno jest im ją porzucić. Stąd wiele nieporozumień, nieraz bolesnych. Przyszłego partnera tak idealizują, że spotkanie go kiedykolwiek jest mało prawdopodobne.
DYNAMIZM: Graniczy z agresywnością. Te kobiety potrzebują do życia sukcesów.
TOWARZYSKOŚĆ: Lubią otaczać się ludźmi, łącząc przyjemne z pożytecznym. Ich salon nieraz stanowi przedłużenie biura.
PODSUMOWANIE: Te kobiety a zwłaszcza dziewczęta powinny zastanowić się nad symbo­lizmem łabędzia, którego niezaprzeczalne piękno i wdzięk kryją oschłość serca i brak zrozumienia dla innych, z którymi to cechami zawsze można podjąć walkę.

źródło: http://www.imiennik.pl/index.php?ids=1,212

niedziela, 7 czerwca 2009

Michał Olszewski, „Low-tech”

Proekologiczny romantyzm?


Wyobraź sobie świat, w którym wszyscy starają się być jak najmniej uciążliwi dla środowiska naturalnego. Kąpią się raz na tydzień, a wodę z kąpieli wykorzystują jeszcze do prania
, mycia podłogi czy spłukiwania. Nie używają kosmetyków (oprócz szarego mydła) i lekarstw (toksyny!). Lodówkę włączają tylko latem. Przedmioty wyrzucają dopiero wtedy, kiedy zupełnie się już rozpadną.
Tę utopijną wizję od kilkunastu lat wciela uparcie w swoje życie M-ski, jeden z bohaterów „Low-tech” Michała Olszewskiego. Starzejący się działacz, który kiedyś walczył przeciw komunizmowi, dziś stara się porwać za sobą tłumy i przekonać do swojej radykalnie ekologicznej ideologii. Charyzma i płomienne przemowy sprawiają, że udaje mu się zgromadzić wokół siebie grupkę zwolenników, ba – niemal wyznawców. M-ski ma nawet swoje pięć minut w mediach, wypowiada się jako ekspert w wielu debatach publicznych. Uparcie zachęca do prowadzenia życia w stylu „low-tech”, gdzie w świecie „zbudowanym z niczego, a jednocześnie wygodnym i ciepłym”. Wielka ekologiczna rewolucja jednak nie nadchodzi.
Całą historię M-skiego czytelnik poznaje z punktu widzenia młodego i obiecującego architekta – Cfiszena. Bohater ten, tak jak Raskolnikow (do inspiracji Dostojewskim przyznaje się sam Olszewski), czuje się zagubiony we współczesności i szuka na własną rękę wartości, w które wreszcie uwierzy. Z marazmu wyrywa go na moment przyłączenie się do „sekty” M-skiego. Punkt widzenia Cfiszena determinuje jednak mocno atmosferę, w jakiej budowana jest fabuła. Jego zdystansowanie i nieustanne wątpliwości sprawiają, że cała opowieść snuje się ciągle „obok” wydarzeń. Więcej w niej relacji, wspomnień i rozmyślań, niż faktycznej akcji. Być może dlatego trudno wyzbyć się wrażenia, że bohaterowie „Low-tech” są jakby trochę papierowi. Choć ścierają się tutaj ze sobą radykalnie odmienne pomysły na kształt świata (despotyczny ekologizm M-skiego i pochwała współczesnego rozwoju przez Ratnicyna), to nie ma w tych sporach żadnej iskry, żadnego napięcia.
Jedno trzeba przyznać – Olszewski to bardzo dobry obserwator. Pomimo całego Cfiszenowego marazmu, jaki wkradł się w fabułę, trafne opisy złowrogiego K. (czyżby Kraków?) robią niekiedy wrażenie. Autor wyczuwa i zgrabnie portretuje pulsującą miejską energię, nieustanne procesy konstruowania i burzenia, niewidzialne linie frontów nieoficjalnych walk. Miasto to dla niego niepojęty chaos, kosmos dźwięków i przestrzeń nieustannych eksperymentów.
Olszewski wielokrotnie udowadniał, że ma romantyczną duszę. Jego „Zapiski na biletach” (cykl w „Gazecie Wyborczej”) przepełnione są sentymentalnymi detalami, nostalgią. Pełno tych elementów i w „Low-tech”. Dlatego też powieść Olszewskiego traktuję nie jako świadectwo proekologicznych sympatii autora, ale historię o różnych odcieniach tęsknoty. Za światem, który nigdy nie będzie taki, jak przedtem.Za młodzieńczymi marzeniami, które rzeczywistość brutalnie weryfikuje. Złości na siebie za wszystkie niewykorzystane szanse.


(Recenzja ukaże się w najnowszym numerze miesięcznika studenckiego "MANKO")

Lublin


Obraz miasta już lekko mi się zaciera. W końcu byłam tam 2 miesiące temu...
Czemu o nim więc piszę? Żeby szybko nie zapomnieć kilku drobiazgów, które absolutnie mnie urzekły...

Drobiazg pierwszy - cudowne murale. Na każdym kroku można natknąć się na "sprayowe" cuda. Najbardziej urzekła mnie Matka Boska, którą znalazłam z kumpelą w wąskim przejściu pomiędzy dwoma domami. Że tez komuś chciało się wycinać taki ażurowy wręcz szablon.

Drobiazg drugi - Starówka to inny świat. Po pierwsze dlatego, że niewiele jest w centrum zaparkowanych samochodów. Za wąsko (i dobrze!). Po drugie, nie ma takich bardzo agresywnych szyldów, reklam i innego śmiecia. Wszystko to sprawia, że Lublin nocą jest po prostu magiczny. Jak z innej epoki.

Drobiazg trzeci - Niezwykle klimatyczna naleśnikarnia, do której wzięła mnie Kasia i Magda. Takich naleśników jak tam, jeszcze nigdzie nie jadłam :) A jaki wystrój ! - przy każdym stoliku, za szybką, był maluteńki pokoi z jeszcze mniejszymi mebelkami. Łuk, którym przechodziło się z jednej sali do drugiej, był "wytapetowany" ziarenkami kawy!

Drobiazg czwarty - Widok z dachu szpitala, do którego weszłyśmy po 23.00! Portier nawet na nas nie kiwnął ;)

"Dwanaście" Marcina Świetlickiego


„Kryminał specjalnej troski”

Marcina Świetlickiego nikomu przedstawiać nie trzeba - niebanalny poeta, lider popularnych „Świetlików” i najsłynniejszy korektor Tygodnika Powszechnego. Na swoim koncie ma również epizod aktorski i prezentera telewizyjnego. Mimo tak licznych wcieleń, zaskoczył znowu. Czternaście lat po swoim debiucie poetyckim Świetlicki pokazał prozatorskie oblicze.
„Dwanaście” to nietypowy kryminał. Główny bohater, do którego wszyscy zwracają się per „mistrz”, zostaje wbrew sobie wplątany w dziwną intrygę. Pewnego dnia młoda dziewczyna prosi go o pomoc w rozwiązaniu jej problemu. Studentkę od pewnego czasu prześladuje zjawa Karola Kota – straconego kilkadziesiąt lat wcześniej mordercy z Krakowa. Mistrz postanawia zająć się tą sprawą, jednak szybko zapomina o swoim zadaniu. Po pewnym czasie w tajemniczych okolicznościach giną praktycznie wszyscy członkowie kapeli Biały Kieł, z którymi mistrz przyjaźnił się w młodości. Zamiast jednak stopniowego dochodzenia po nitce do kryminalnego kłębka, „Dwanaście” wypełniają hektolitry wypitej w „Biurze” wódki, kolejne romanse Manga Głowackiego i ironiczna krytyka „magicznego i kultowego” Krakowa. Odpowiedź na klasyczne pytanie: „kto zabił?” pada tu niby przypadkiem, choć trzeba przyznać, że jak przystało na rasowy kryminał, zaskakuje.
Podstarzały „mały mistrz na tropie” to nieporadny niby-detektyw, który nawet nie stara się, aby wyjaśnić sprawę. Snującego się po krakowskich ulicach i knajpach bohatera rozwiązanie zagadki znajduje niejako samo. I choć tropiciel z niego żaden, to ma pewne zalety. Mistrz to doskonały obserwator otaczającej rzeczywistości. Z doskonałą precyzją i ironicznym humorem piętnuje absurdalne wydarzenia, wzorce osobowościowe, trendy, a także powszechne stereotypy. Zabawnych porównań i puent nie brakuje, jednak mimo wszystko Czytelnikowi nie jest do śmiechu. „Dwanaście” to z pewnością kryminał specjalnej troski, ale i wnikliwy portret zagubionych we współczesności ludzi - słuchających nikomu niepotrzebnych płyt, niewłaściwie lokujących uczucia, nieporadnych, niedojrzałych. I samotnych, ale to już reguła Świetlickiego – bo „prawdziwy bohater powinien być samotny”.

wtorek, 19 maja 2009

"Tatarak" Andrzeja Wajdy


To nie tak, że przez te kilka miesięcy nie widziałam żadnego filmu, ani nic nie przeczytałam. To nie tak.
Ale są takie dzieła, o których pomimo braku czasu (czasem i sił), napisać trzeba.

"Tatarak". Film wybrałam w sumie z przymusu - nic innego, ciekawszego, nie było tego dnia w kinie. Z resztą filmyWajdy kojarzyły mi się z czymś ciężkim, bardzo patetycznym. Czymś co ogląda się niemal na baczność. Nie muszę chyba mówić, że takie kino dwudziesto-parolatki raczej nie kusi.

A tu taka niespodzianka. Już od pierwszych ujęć - delikatność wody, światła i wodnych roślin. Potem dwie przenikające się nawzajem historie. Jedna fikcyjna, z Iwaszkiewicza. Druga - prawdziwa, zbudowana tylko z monologu Jandy. A wszystko mimo tak sporych różnic (nawet inny sposób kadrowania !) idealnie się ze sobą łączy - takimi pajęczymi nitkami, bo w sumie ludzkie życie nie jest wiele mocniejsze.
Nie umiem pisać o śmierci. Nie wiele póki co o niej wiem. Ale z kina wyszłam z mokrymi oczami. Na szczerość i emocje, jakimi wypełniony jest "Tatarak", nie można chyba inaczej zareagować.

Ujmuje szczególnie część monologowa. Pusty pokój. Tylko łózko, krzesło i szare światło wpadające przez okno. Nieruchoma kamera i genialna Janda. Nie można było tego zrobić lepiej.

Wspaniały pomnik dla Kłosińskiego. Wspaniały pomnik oddania i prawdziwej miłości.


Więc jednak miłość gdzieś istnieje?

----

"Od początku wokół tego filmu krążyła śmierć".


p.s. Polecam (jeśli ktoś to w ogóle czyta) wywiad z Krystyną Jandą. Piękny.
p.s.2. Większość zdjęć nakręcono w Grudziądzu. Magiczne zakątki tego miasta wyciągnął Wajda w tym filmie. Nie wiem jeszcze jak, ale pojadę tam w te wakacje na pewno - wg. Googli to prawie 500 km... Coś wymyślę :)


wtorek, 6 stycznia 2009

"Cicho ciszej" Jarosław Marek Rymkiewicz


Będzie krótko. Masakra...
Nie rozumiem Rymkiewicza. I to nie dlatego, ze uprawia jakiś enigmatyczny typ poezji... nie...
Otóż JMR jest ogarnięty jakąś obsesją śmierci... i na dodatek zamęcza nią jeszcze czytelnika ;/
O ile na początku zbioru mogłam jeszcze przetrawić barokowe stylizacje i odwołania do Naborowskiego czy Sępa... to ciągnięcie ich przez wszystkie tomiki ujęte w "Cicho ciszej" wychodzi po ludzku bokiem...
Ile można o rozkładających się trupach, dzwoniących piszczelach... no ile...


A ten cały cykl "Ogród w Milanówku" to dla mnie jakaś marna podróbka Czarnolasu Kochanowskiego...
Marnie... marnie...

Jedyny przebłysk humoru widziałam w "trzech piosenkach o nicości", ale to za mało...

Czemu, więc wspominam o JMR? Dla jednego cytatu z wywiadu dla Polityki :> Pomińmy moje sympatie polityczne, ale jednak poecie, laureatowi Nike pewnych rzeczy nie wypada robić...

Rozmowa Joanny Lichockiej z Jarosławem Markiem Rymkiewiczem

„Rzeczpospolita”

/…/

Polska to był taki wielki ospały żubr śpiący pod drzewem w Puszczy Białowieskiej. Otóż ten wielki białowieski żubr spał sobie słodko (lub spał dręczony okropnymi snami) gdzieś na polanie w głębi puszczy i sen jego, podobny śmierci, mógłby trwać jeszcze wiele lat - gdyby Jarosław Kaczyński nagle nie ugryzł go w dupę. Żubr, ugryziony przez pana premiera, podniósł głowę, potrząsnął rogami, ryknął i popędził. Dokąd, tego nikt nie wie. Ale galopuje, pędzi ku swoim nieznanym, dzikim przeznaczeniom. Polska poruszyła się, została poruszona - jest coraz inna i będzie jeszcze inna./…/ Właśnie dlatego wszystko, co zrobił i co robi Jarosław Kaczyński, jest dobre. Ugryzł żubra w dupę i to czyni go postacią historyczną.

/…/

Wszystko, co robi Jarosław Kaczyński, jest dobre dla Polski. Podkreślam - wszystko. To zdanie obejmuje także jego błędy, jego pomyłki, jego niepowodzenia, jego nieudane przedsięwzięcia. Nie udaje mu się wiele rzeczy. Oceniając ludzi, często się myli. Potem musi się publicznie dystansować od tych, którzy go zawiedli.

( Giertych powiedział, że Gombrowicz jest pisarzem dla pedofilów. Czy to też jest dobre dla Polski – pyta dziennikarka – przyp. mój)

To głupstwo bez znaczenia, za kilka miesięcy nikt o tym nie będzie pamiętał. Ważne jest tylko to, że Polska jest rozpędzonym żubrem, galopującym do przodu, że historia Polaków wreszcie ruszyła z miejsca - i już nic jej nie zatrzyma.

/…/

Jarosław Kaczyński wygra następne wybory. Dlatego, że historia Polski nagle się poruszyła. Polacy się ruszają, rusza się im w głowach.

Pytanie dziennikarki: Jak to się dzieje, że duża część naszych polskich elit mówi diametralnie inaczej niż pan?

Dlatego, że to są wykształciuchy. Trzeba powiedzieć, że Ludwik Dorn znalazł dobre słowo - dokładnie oddające tym ludziom to, co im się należy.

Pytanie dziennikarki: Czemu pan protestuje, kiedy ze wszystkich stron słychać, że PiS musi przegrać?

W związku z tym pani pytaniem chciałbym się zwrócić z tego miejsca - z tego tarasu w Milanówku, gdzie teraz rozmawiamy - do Jarosława Kaczyńskiego. Panie premierze. Niech mnie pan uważnie posłucha. Uważam, że wygra pan te wybory, które właśnie nadchodzą. Może być jednak i tak, że je pan przegra. Ale bez względu na to, czy pan je wygra, czy przegra, powinien pan cały czas pamiętać o tym, że to, co pan wykonał, będzie pan musiał wykonać jeszcze wiele razy. Historię Polaków trzeba będzie wiele razy poruszyć, popędzić do przodu. Nie wystarczy tylko raz, jeden raz, zmusić do galopu tego starego białowieskiego żubra.

/…/Uważam, że Jarosław Kaczyński jest największym polskim politykiem od czasów Józefa Piłsudskiego. Tak jak Piłsudski był największym polskim politykiem od czasów kanclerza Zamoyskiego. Siła duchowa Jarosława Kaczyńskiego jest tak wielka, że stać go na to, żeby jeszcze kilka razy ugryźć w tyłek przysypiającego żubra.

/…/

http://www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_070825/plus_minus_a_5.html

rozmawiała Joanna Lichocka

Milanówek, 17 sierpnia 2007 roku

Jarosław Marek Rymkiewicz

Urodzony w 1935 r. w Warszawie. Poeta, dramaturg, eseista, krytyk literacki, tłumacz. Debiutował w 1957 r. zbiorem wierszy "Konwencje". Napisał m.in. "Czym jest klasycyzm", "Juliusz Słowacki pyta o godzinę", "Aleksander Fredro jest w złym humorze", "Leśmian. Encyklopedia", "Rozmowy polskie latem 1983 roku". Laureat literackiej nagrody Nike w 2003 r. za tom poetycki "Zachód słońca w Milanówku".

"Warunek", Eustachy Rylski


Eustachy Rylski ma tyle lat co mój dziadek. Kiedy więc czytałam "Warunek" nie mogłam się nadziwić, skąd tyle werwy, kawalerskiej fantazji... i awanturniczego pomyślunku w facecie, który na dobrą sprawę powinien
powoli popadać w demencję...

Nie będę się rozpływać nad "Warunkiem", bo mimo wszystko to męska proza i nie do końca przypadła mi do gustu.
Ale znać rękę mistrza - wartka fabuła, świetne stylizacje i uszczypliwy humor. I choć tłem dla akcji są ważne historyczne wydarzenia, Rylski nie ma zamiaru rozwodzić się nad kwestiami martyrologicznymi...
ufff... ;)

Więc coś z tych wojen napoleońskich da się jednak wyciągnąć - nie tylko nudne (jak nie wiem co !) "Popioły". Tam tez niby jest rozrachunek z mitem Cesarza...ale... litości... sposób podania taki, że trudno się dziwić temu, że czytają to tylko poloniści (i to do poprawkowego egzaminu :).

"Jadąc do Babadag" Andrzeja Stasiuk


"Jadąc..." wyleżała się na mojej półce ponad rok... Kiedyś zaczęłam, ale jakoś nie mogłam skończyć... no to podejście drugie ;)

Proza dość specyficzna... Stasiuk z lekkim odcieniem nonszalancji opisuje SWOJĄ (podkreślenie bardzo na miejscu :>) Europę i nie przejmuje się, że mniej obeznany czytelnik będzie się wśród tych nazw miasteczek i wiosek gubił...Były miejsca w tej książce, że nie miałam pojęcia w jakim kraju "jesteśmy".
Męcząca była też sama kompozycja książki - tak na dobrą sprawę, tekst mógłby się zacząć i skończyć w dowolnym miejscu... Zero napięcia i oczekiwania na finał - takie leniwe przypatrywanie się kolejnym obrazom... Uczucie podobne do biernego patrzenia przez okno rozklekotanego autobusu turystycznego.

Trochę to irytujące, ale co tam - nowoczesna proza i jej "widzimisię".

Plusy? Klimat "Jadąc..."
Choć styl Stasiuka jest dla mnie trochę "przyciężkawy", to jednak jedno trzeba mu przyznać - pisarz potrafi wniknąć w miejsca, które odwiedza i oddać w opisie ich atmosferę (ciężką, duszną, przygnębiającą... ). To, że autor nie podróżuje traktem zabytków nie jest wcale originalne... ale że śledzi śladu z przeszłości Ciorana... albo Ceaușescu ...
no no ;)
I choć to trochę nużące było po raz enty czytanie, że autor wchodzi do knajpy i zamawia swój obowiązkowy zestaw - kawę plus lokalny alkohol, to... przynajmniej wiadomo, co pić ;)

Przyznam się na koniec, że po "Jadąc" złapałam zajawkę na Europę Środkową (choć Hiszpanii bynajmniej mi się nie odechciało ;).
Trzeba tam będzie pojechać...
z aparatem...
koniecznie z aparatem ;)