czwartek, 1 lipca 2010

Mężczyźni są jak MPK

Kraków o czwartej nad ranem jest wspaniały. Wszędzie jest cicho, słychać tylko ptaki. Idzie się powoli ulicą, czuje każdą nierówność chodnika pod obcasem. W głowie jeszcze szumi alkohol i muzyka. Ludzie, których się mija, przypominają jakieś senne mary. Nierzeczywiste, blade, potargane - chociaż tyle, że się uśmiechają.
Ba, czasem nawet się odezwą.

Siedzę na przystanku. Ostatni nocny autobus uciekł mi 5 minut wcześniej, pozostaje więc czekanie na pierwszy dzienny. Więc czekam, co robić - w butach, które mam na sobie, nie zrobię już ani kroku dalej. Nagle dzwoni telefon. J. - chce mnie ratować i przyjechać samochodem. Mówię, że nie, że poczekam - bo w sumie fajnie się czeka. Najwyraźniej mało skutecznie, bo J. mówi zdecydowane "Przyjadę" i się rozłącza.

- Kogo pocieszałaś?

Odwracam głowę w prawo. Na ławce obok siedzi jakiś chłopak. Typ zdezelowanego filozofa. Potargane ciemne włosy, broda, okulary w grubych oprawkach, brązowa marynarka, wymięta koszula. Między wąsami coś błyska. Aparat na zębach.

- Nikogo nie pocieszałam. Rozmawiałam tylko - odpowiadam kompletnie zaskoczona
- Aaaa... z mężczyzną. Widzisz, z mężczyznami jest tak, jak z MPK...

Patrzę na przystankowego myśliciela z jeszcze większym zaskoczeniem. Zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, sam się odezwał.

- No tak, tak. Jak z MPK, bo też są tak zawodni.

Chciałam coś powiedzieć, nie zdążyłam. W tym momencie podjechał J. Filozof popatrzył z wyrzutem. Drzwi się zamknęły, J. nacisnął pedał gazu.

niedziela, 20 czerwca 2010

O grochu i kręglach :)

Mądrości J. ciąg dalszy - bo trzeba je zachować dla potomności :)

Występują: ja, M. i J.
Miejsce: parking na jednym z krakowskich osiedli
Czas: środek nocy.

Jak to zawsze bywa, najwięcej tematów do rozmowy znajduje się wtedy, gdy trzeba się żegnać. No to stoimy, gadamy. Nic się nie dzieje ;)
I nagle...
- Słyszeliście, jak szumi? Będzie burza? - mówię.
- E, nie... to tylko wiatr - odpowiada J.
A że nie mamy angielskim temperamentów, w tym momencie rozmowa się urywa. Przecież o pogodzie gadać nie będziemy. Tym bardziej, że w środku nocy zakrawa to na perwersję.
- Ej, a wiecie, co się mówi, jak wiatr wieje? - pyta J.
Tradycyjnie patrzę na M. A M. na mnie.
- Nie... - i też tradycyjnie, równocześnie odpowiadamy z M.
- Że Pan Bóg się najadł grochówki i teraz pier...znaczy się, puszcza wiatr - odpowiada z rozbrajającym uśmiechem J.
Patrzę na M. M. na mnie. Wybuchamy śmiechem.
- A wiece co się mówi, jak jest burza? - pyta J.
Śmiech się urywa. Przeczuwam coś złego. Coś bardzo złego.
- Że... aniołki grają w kręgle - odpowiada zadowolony z siebie J.
--------

Jak dalej tak pójdzie, to będę musiała zrobić dla J. osobną kategorię na tym blogu ;)

sobota, 12 czerwca 2010

Imię uniwersalne

Idziemy z J. i M. jedną z alejek w Parku Jordana. Mijamy któreś tam z najzwyklejszy drzew. Ja na nie nie patrzę, M. też nie. Jak się okazuje, błędnie.
-O! - mówi J. - to tutaj zrobiłem zdjęcia tej fajnej wiewiórce.
Kiwamy ze zrozumieniem.
- A wiecie, że jest jedno kobiece imię, na które reagują wszystkie zwierzęta? A wiewiórki w szczególności?
To już mnie zaintrygowało. Patrzę na M.
M. też się zainteresował.
- Jakie? - pytamy niemal równocześnie.
- Basia. Baaasiaaaaaaa - mówi zadowolony J.

-----------------------

Testowałam "Basię" na swoim psie, choć wabi się "Tina". W sumie działa. Tyle, że ona, już bidusia, jest staruszka - i trochę przygłuchła przez te długie lata ;)

niedziela, 31 stycznia 2010

I pani tak to... sprzedaje?

Recenzja „Fotoplastikonu” Jacka Dehnela, Wydawnictwo W.A.B

Wyblakłe odbitki, pozaginane rogi, spore przetarcia i plamy. Jedno zdjęcia za ciemne, a drugie skomponowane w wyjątkowo drażliwy sposób. Niektóre, o zgrozo, zupełnie nieostre! I czym tu się zachwycać? Ba – książkę od razu wydawać? A książka gruba, ciężka... i urzekająca.

Przystanek tramwajowy gdzieś w Warszawie. On, ona i tramwaj, który, jak na złość, nie chce przyjechać. Rozglądają się więc naokoło, bez pośpiechu. Siedzieć i tak nie ma gdzie, bo jedyna ławka została do ostatniego centymetra wykorzysta przez okolicznych pijaków. On sięga więc z nudów po spięty recepturką plik starych fotografii, który leżał wciśnięty między buty, czajnik i wysłużone książki. Sprzedawczyni podnosi wzrok z nieukrywanym zainteresowaniem...
Tak zaczyna się podróż do przeszłości, między ludzkie twarze i strzępki chwil. Wytrwałe szperania po antykwariatach, pchlich targach, a nawet strychach przyjaciół. Potem każdy z tych wygrzebanych skarbów Dehnel uważnie ogląda, analizuje i opisuje. Każdemu patrzy uważnie w oczy, na ręce, na drugi plan. I gdyby jeszcze tego było mało, bezczelnie czyta to, co ktoś zapisał na odwrocie koślawym pismem. Czytelnik zagląda więc Jackowi Dehnelowi przez ramię jak pasażer siedzący obok w pociągu. Najpierw widzi odbitkę w całej swej krasie (albo stanie nędzy i rozpaczy), potem zapiski autora. Czyta, najpierw nieśmiało. Po chwili coraz zachłanniej.
Czego szuka w fotografii Dehnel? Roland Barthes rozkładał ulubione zdjęcia na elementy pierwsze, pomiędzy którymi znajdował w końcu to COŚ, czyli punctum. Wymykającą się jakimkolwiek dookreśleniom cechę, która uderza, przyciąga wzrok i nie pozwala zapomnieć. „To także użądlenie, dziurka, plamka, małe przecięcie” – pisał Barthes. Postaci ze zdjęć wybranych przez Dehnela też nie dają mu spokoju. Ksiądz Wieczorek niszczący posążki chińskich bożków, dzieci wspinające się po cukierniczkę, tłum dżentelmenów wpatrzonych w płynące łódki. Wszystko zastygłe w bezruchu, drażniąco milczące. Dehnel z uporem stawia więc pytania, rozszyfrowuje skróty, odgaduje miejsca i dopowiada, a nawet trochę zmyśla, wcale się z tym nie kryjąc. Wszystko ze smakiem, niewymuszonym dowcipem.
Co więcej, „Fotoplastykon” to nie tylko nostalgiczne patrzenie wstecz. W tekstowych miniaturach, znajdujących się obok wybranych przez autora fotografii można znaleźć sporo prawdy o czasach współczesnych. Dehnel z chirurgiczną precyzja pokazuje, jak niewinne gesty zostały wypaczone, a neutralne pozycje nagle stały się obsceniczne. Powstrzymuje czytelnika przed głupim chichotem, zgrabnie tłumacząc, dlaczego się myli. Jakby sam stał te 40, 50 czy 70 lat temu przed pokaźnych rozmiarów aparatem i cierpliwie ustawiał do zdjęcia świeżo upieczonych księży. Jeden z nich w lewej dłoni trzyma Pismo Święte, prawą mocno przytula do siebie swojego sąsiada.
I choć wśród mikroskopijnej wielkości setki esejów na szczęście próżno szukać jakiegokolwiek morału, rady mam dwie. Pierwsza – „Fotoplastykonu” nie można czytać od deski do deski. Warto się tą lekturą pobawić, kartkować, otwierać na chybił-trafił. Odkładać na półkę i znowu wracać. Pozwalać wciągać się w ten świat powoli i mimowolnie dawać mu się oczarować. A druga? Niech Pani lepiej tych fotografii nie sprzedaje. Nie szkoda Pani?
           
Paulina Korbut

P.S. Recenzja ukazała się w najnowszym numerze Miesięcznika Studenckiego "Manko".

wtorek, 29 grudnia 2009

Ricky, reż. François Ozon


Z plakatu zerkają na ciebie cud-niebieskie oczka. Lekko naburmuszona minka malutkiego blondynka. Która niewiasta się na to nie skusi? Ja też, choć przyznam, że nie jestem żadną dzieciofilką :)

Nieopatrznie "Rickiego" wzięłam na wieczór ze znajomymi. Płeć męska po pierwszych piętnastu minutach ziewała ostentacyjnie, nad wyraz interesowała się tym, co jest na półce na przeciw... generalnie robiła wszystko, by po kwadransie wyłączyć film. Ja altruistycznie postanowiłam dać francuskiemu dziełku szansę, licząc na to, że się opłaci.W końcu to nie amerykańskie filmidło, a produkcja europejska - a więc w domyśle ambitna i ciekawa.

Czegoś jednak zabrakło, choć na pierwszy rzut oka, wszystkie potrzebne elementy zostały do "Rickiego" zapakowane. Mamy zagubioną kobietę, przystojnego mężczyznę (Hiszpana! ;), a potem namiętną miłość. Jest wyjątkowo słodki bobasek (choć to zagranie poniżej pasa - chwyt z rodzaju "ostatnich desek ratunku", które mają przytrzymać widza, zazwyczaj kobietę, do końca), smutnooka dziewczynka, różnorodne krajobrazy - trochę miasta, trochę "landszaftów".  Pojawia się wreszcie i konflikt, który zawiązuję akcję. Do tego Ozon dorzucił jeszcze szczyptę bajki - ptasie skrzydełka, które ku zaskoczeniu wszytkich, wyrastają na pleckach malutkiego Rickiego.
Szkoda tylko, że potencjał ciekawej opowieści gdzieś się zatracił. Wszystkie wymienione wyżej motywy zostały wrzucone do jednego wora, bez żadnego składu i ładu. Bez sensownego spoiwa.

- Eeeee.... To chodziło o to, że ona jest teraz szczęśliwa, bo tamten odleciał? - spytał z rozbrajającą szczerościo-złośliwością M., gdy pojawiły się już napisy końcowe.

Nie wiem. Chyba tak.

P.s. Mogłam wcześniej zobaczyć na filmweba. Ocena - 5,89. A ja za filmy poniżej 6,5 to się nie biorę - nie ma sensu marnować czasu :>

czwartek, 24 grudnia 2009

"Smażone zielone pomidory", reż. Jon Avnet




S. ostatnio mówił mi, że na tym świecie są tylko dwie pewne rzeczy. Śmierć... i "Kevin sam w domu" w święta. Pewnie ma rację. Na całe szczęście, nie tylko to można zobaczyć w ostatnich dniach grudnia w TV ;)

Na "Smażone zielone pomidory" polowałam od kilku lat. Nie mogłam ich znaleźć ani u znajomych, ani na akademikowych "decekach", ani w wypożyczalniach. Nigdy by mi też nie przyszło do głowy, że ten upragniony film zobaczę w telewizji, której w zasadzie nie oglądam ;) Ale od czego ubieranie choinki, i mimowolne zerkanie na szklany ekran między jedną a drugą bańką.

Czy opłacało się czekać? Choć jestem wybredna i zepsuta postmodernizmem (;)), odpowiem z przekonaniem twierdząco. Sympatyczny i ciepły film, idealny na wigilię Wigilii Bożego Narodzenia - nawet pomimo tego,że nie ma tam ani grama śniegu i ani pół odświętnie ubranej choinki. Jest za to sporo mądrych kobiet, które potrafią przyznać się do błędu i zawalczyć o swoje marzenia. Nawet jeśli oznaczało by to przerobienie znęcającego się nad żoną bydlaka na... grillowane steki ;)

Film z gatunku bajkowego - jak "Amelia" czy "Don Juan de Marco". Idealny na grudniowe wieczory - także takie z plusową temperaturą na zewnątrz
 ;)

sobota, 21 listopada 2009

"Ksiązki najgorsze" Barańczaka

(recenzja ukazała się w najnowszym numerze "MANKO")

Poczet polskiej grafomanii


Czasem zastanawiam się czy poczucie humoru Polaków nie zniknęło wraz z upadkiem komunizmu. „Miś”, „Alternatywy 4”, „Seksmisja” – próżno obecnie szukać filmów, które mogłyby się zmierzyć z tymi kultowymi produkcjami. Podobnie w literaturze – teraz wszyscy w niej tacy poważni albo wulgarni. A krytyk literacki umiera z nudów…

Kiedyś było zupełnie inaczej. Nie tak dawno temu na poznańskim Uniwersytecie Adama Mickiewicza dwóch niepokornych studentów – Feliks Trzymałko i Szczęsny Dzierżankiewicz – postanowiło zająć się przeglądem polskiej grafomanii. A było wtedy w czym wybierać. Taśmowo produkowana literatura głębokiego „peerelu” aż domagała się błyskotliwego omówienia. W końcu do utworów tego kalibru trzeba było podejść z humorem i zdrowym dystansem – inaczej styczność z nimi groziła poważnymi powikłaniami zdrowotnymi.
Trzeba jakichś dowodów? Proszę bardzo. W powieści milicyjnej Heleny Sekuły, można przeczytać, że „lekarz, który pierwszy zobaczył trupa, nie pozwolił mu ani chodzić, ani niczego dotykać, uznawszy, i słusznie, że to sprawa milicji”. Oprócz spacerujących i wścibskich denatów, w literaturze tego typu aż roi się od bohaterów, którzy potrafią bić „humanitarnie, ale tak, aby bolało” i są „mężczyznami z jądrami na miejscu”. Czytelnik nie powinien dziwić się więc, że (jak pisał Jerzy Bronisławski) „turnus nie był udany, ponieważ nie sprzyjała pogoda, tego dnia więc na plażę wyległo mrowię ludzi”. Najgorsza jest jednak młodzież, która bezczelnie czesze się pod górę, chodzi w wąskich spodniach i czarnych golfach, a ponadto (ku oburzeniu Zygmunta Zeydlera-Zborowskiego) słucha „płyt Armstronga, Priestley’a i innych jazzowych gwiazd”. Na całe szczęście wroga łatwo rozpoznać – szpiedzy mają ciemne włosy, parszywie obcobrzmiące nazwiska, pocą się i nerwowo pocierają czoło. Trzeba jednak pamiętać, że próbują przebiegle wcielić się (nomen omen, też w podejrzanych) artystów. Tych jednak wprawne oko milicjanta łatwo rozpozna – „Kamera filmowa, przewieszona nonszalancko przez ramię, oraz mały berecik zsunięty na tył głowy czyniły zeń rasowego przedstawiciela X Muzy”.
Jeszcze o poezji, bo jak wiadomo, to ona od wieków krzepi naród i niesie mu pociechę. Trzymałko i Dzierżankiewicz w swoich felietonach wynajdują i opisują bardów, o których zapomnieć nie sposób. Co tam jakiś Mickiewicz, Norwid czy Słowacki. Lęki i potrzeby społeczeństwa może zrozumieć tylko ktoś pokroju Józefa Ozgi-Michalskiego: „Nasza sprawa – rzeszą pokoju/ ośmielamy się błagać z naciskiem/ wolno idzie na kształt wołu/ w międzyrożu dynamit z listem”. Zapewne, gdyby towarzysz Józef był dalej aktywny twórczo, mógłby uwspółcześnić ostatni wers, zmieniając go np. na „wąglika w liście” i, ku zadowoleniu społeczeństwa, wydać zbiór swojej poezji raz jeszcze.
Jeśli ktoś nie czuje się mocny w poezji, a przedzieranie się przez podobną metaforykę przyprawia go o nadmierną potliwość (do czego nie warto się mimo wszystko przyznawać – toż to przecież cecha szpiegów), chętnie zapewne pozostanie w bezpiecznym dla siebie obszarze prozy. Jednak i tu czekają go niespodziewane pułapki, jak np. pisarstwo Eugeniusza Kabatca: „Plan najwcześniejszy, proscenium przychylne mi zwykle, zależne od mojej woli i moich kaprysów, wyobcowało się nagłe, stanęło okoniem”.
Podobnych absurdów i potknięć w produkowanej taśmowo literaturze PRL-u było jeszcze więcej. Warto więc sięgnąć po kultowe już dzisiaj „Książki najgorsze” Stanisława Barańczaka. Okazja tym lepsza, że Znak wydał ostatnio ten zbiór wzbogacając go o „pięć wyskoków paszkwilanckich”, opublikowanych w 1993 roku w „Gazecie Wyborczej”. Idealna dawka ironicznego poczucia humoru na najwyższym poziomie. Polecam na jesienną szarugę, szczególnie tym, którzy na pamięć już znają „peerelowskie” szlagiery filmowe.

Paulina Korbut

niedziela, 15 listopada 2009

"Rewers", reż. Borys Lankosz


Najpierw hipnotyczny plakat z Agatą Buzek, który prześladował mnie co rano, kiedy zła i niewyspana czekałam na autobus. Potem S., który choć ma słabość do kobiet w okularach, to stanowczo się zapierał "Jej to nie pomaga. Ona jest po prostu
paaaaaaaaaasssssssssskuuuuuuudna! " - i nie dał sobie przegadać, że brzydkich kobiet po prostu nie ma :) A na pewno nie jest nią Buzek. Dobra, ale o filmie miało być - nie o plakacie :)

Poszliśmy więc z S. sprawdzić, czy zachwyty w mediach i na forach internetowych mają jakieś przełożenie. Nastawiłam się faktycznie na najlepszy film roku i kandydata do Oscara - jak było w efekcie?

Praktycznie cały film utrzymany jest w konwencji czarno-białej. Co trzeba podkreślić, to montażysta idealnie dopasował do siebie fragmenty kronik filmowych z lat 50. i kadry, które padły w 2009 roku. Wszystko idealnie się przeplatało, tworząc złudne wrażenie, że właśnie się ogląda odkurzony film z głębokiego Peerelu.

Praktycznie, bo kolorowe są kadry współczesne. Historia młodej "krzewicielki" poezji pokazana jest na przestrzeni dwóch planów czasowych, a rok 2009 to klamra, która spina całą opowieść. Zabieg z pozoru sentymentalny - starsza kobieta, czekając na lotnisku na syna, wspomina swoją młodość. Jednak wierzcie mi, Borys Lankosz nawet tutaj wplótł swój ironiczny czarny humor ;)

Główną bohaterką filmu jest Sabina, jednak ja odczytuję "Rewers" jako opowieść o trzech kobietach, które żyją wspólnie pod jednym dachem. Kobietach nieprzeciętnych, dystyngowanych, ale i piekielnie (myślę, że to dobre określenie :))) dowcipnych. W końcu babkę Sabiny gra Anna Polony, a jej matkę Krystyna Janda - wspaniałe kreacje aktorskie!

"Rewersem" w ogóle można się fajnie, postmodernistycznie pobawić - wyciągając kolejne "nitki" inspiracji intertekstualnych. Ja znalazłam tam kino typu noir, szczyptę Almodovara i polski odpowiednik Amelii.

I po raz kolejny okazuję się, że tradycja PRL-u jest ciągle inspirująca.


p.s. Wiem, że moje powyższe wynurzenia są strasznie nieskładne. Do tego "bigosu" dorzucę więc coś jeszcze. Jako zapalona fotografka, nie mogę nie zwrócić uwagę na kadry. Przez to, że film jest B&W, zwraca się więcej uwagi na kontury przedmiotów i linie, które one tworzą - a cechę tą operator wykorzystał doskonale. W efekcie "Rewers" miejscami ogląda się z prawdziwą przyjemnością - jak dobre, czarno-białe zdjęcia :)

wtorek, 29 września 2009

Mogę odejść, gdy zechcę”, Young-ha Kim , Wydawnictwo Vesper


Lubię, kiedy książka, którą biorę do ręki, potrafi mnie czymś zaskoczyć. I nie chodzi tu po prostu o trzymanie w napięciu – to mam niemal w każdym kryminale. Dobra powieść, tak jak interesująca kobieta – musi mieć to tak trudne do zdefiniowania „coś”. Takie „coś” znalazłam w debiutanckiej powieści Young-ha Kim’a.
Pierwsze, co powinno zaciekawić każdego czytelnika, to sama okładka. I choć nie powinno się niczego w dobie szalejącej konsumpcji oceniać po opakowaniu, warto o niej wspomnieć. Bo gdy tylko uchyli się drzwi, okazuje się, że śpiąca kobieta...wcale nie śpi. Nie mniej intrygująca jest sama fabuła powieści. Główny bohater, a jednocześnie narrator całej opowieści, pozostaje zagadkowy do samego końca. Opowiada zdawkowo o swoim życiu, dziwnej pracy i tajemniczych klientach, których wcale nie chce mieć zbyt dużo. Czym faktycznie się zajmuje, czytelnik dowiaduje się niemal pod koniec powieści, dlatego nie mam zamiaru niczego „spoilerować”. Kolejne bohaterki powieści przypominają narratorowi eteryczną Judytę z obrazów Gustawa Klimta, a opowieść o nich przeplata się z refleksjami na temat „Śmierci Marata” Davida czy „Śmierci Sardanapala” Delacroix’a. Natomiast mężczyzn, którzy w powieści są anonimowo opatrzeni tylko inicjałem imienia, Young-ha Kim portretuje w ich nieustannej pogoni za spełnieniem, którego i tak nie mogą osiągnąć.
„Mogę odejść, gdy zechcę” to niezwykle ciekawy traktat o wzajemnym przenikaniu się śmierci i sztuki. I choć takie połączenie to nihil novi po epoce dekadentyzmu, to w wykonaniu koreańskiego pisarza prezentuje się bardzo intrygująco. Subtelna granica pomiędzy jednym, a drugim stopniowo się zaciera. Young-ha Kim ma świadomość tego, że obecnie „śmierć nie porusza w ludziach żadnych uczuć, jak pornografia”, dlatego też z taką ostrożnością dobiera słowa, by nic nie brzmiało zbyt patetycznie, a przez to – sztucznie.

Recenzja ukazała się w Miesięczniku Studenckim "Manko" (www.manko.pl)

Eduardo Mendoza, „Niezwykła podróż Pomponiusza Flatusa”, Wydawnictwo Znak

Zaczyna się tak. Jest I rok naszej ery. Pewien nieporadny Rzymianin z rodu patrycjuszowskiego wpada na oryginalny pomysł. Zamiast żmudnie studiować opasłe dzieła wybitnych filozofów i naukowców, szuka innego sposobu na pogłębienie swojej wiedzy. Jak się można domyślić – możliwie najmniej uciążliwego. Postanawia wyruszyć na rubieże Cesarstwa Rzymskiego, gdzie ponoć znajduje się rzeka dająca mądrość temu, kto napije się jej wody. Szybko jednak zaczyna żałować, że wyściubił nos ze spokojnego lectorium.
Pomponiusz Flatus, bo o nim mowa, to postać w każdym calu niebanalna. Sceptyczny ateista, filozof-amator, a przy tym świetny mówca. Czymś musi w końcu nadrabiać, skoro niełaskawa Matka Natura nie wyposażyła go w inne przymioty. Na domiar złego jeszcze okrutnie się na nim mści za ciekawość badawczą, zsyłając najokrutniejszą z form „oczyszczenia” ciała, czyli... przewlekłą biegunkę. I choć Pomponiusz nie wierzy w żadnych bogów, trudno oprzeć się wrażeniu, że we wszystkich zdarzeniach maczają palce mieszkańcy Olimpu, a także starotestamentowy Jahwe. Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że dzięki tej męczącej dolegliwość udaje mu się ocaleć z rąk kohorty Arabów, zaprzyjaźnić z dowódcami rzymskich legionów, a także spotkać najsłynniejszego człowieka tamtych czasów – Jezusa. Tyle, że ostatniego nie jest najzupełniej świadomy. Trudno mu się z resztą dziwić, bo chłopiec ma zaledwie kilka lat i ojca, który zostaje skazany na ukrzyżowanie... za morderstwo. Oczywiście, Józef jest niewinny, a udowodnić to musi sam Pomponiusz. Czego jednak nie robi się, aby nie móc doić złośliwych kóz i nie być okładanym miotłą przez bezzębną, starą gospodynię?
Intryga goni intrygę, a absurdalne sytuacje przyprawiają czytelnika o niekontrolowane wybuchy śmiechu. Eduardo Mendoza niezwykle zręcznie łączy konwencję kryminału, błyskotliwej parodii i fantazji, której nie powstydziłby się twórca biblijnych apokryfów. Wszystko okraszone uszczypliwym humorem, który choć miejscami jest ciut politycznie niepoprawny, to rozbawia do łez. I na koniec najważniejsze. To bez czego żaden kryminał obyć się nie może – zaskoczenie. Słowo dziennikarza „Manko”, że będziesz na prawdę zdziwiony, kiedy odkryjesz, kto zabił.


Recenzja ukaże się w październikowym numerze Miesięcznika Studenckiego "MANKO" (www.manko.pl)